Poprzedni wpis stanowiły moje wyznania, więc dla zachowania równowagi, ten będzie w całości poświęcony komuś innemu. Autora Upadku, Arka Mielczarka, nie ukrywajmy, znam i lubię. Nie będzie to zatem bezstronna recenzja – przyznaję się do tego zawczasu i bez bicia.

Skoro mamy to już za sobą, mogę przejść do rzeczy. Zacznijmy od słowa wstępu dla tych z Was, którzy z Upadkiem się wcześniej nie zetknęli. Arek Mielczarek to autor jednego z pierwszych polskich podręczników RPG (mojego ulubionego) Aphalonu, Świata Księżycowego Ostrza, jest też wieloletnim mistrzem gry i, jak sam siebie określa, gawędziarzem. Swego czasu napisał powieść Upadek, Objawienie Proroctwa, które miało być pierwszą częścią trylogii. Zainspirowany moim sukcesem wydania Najemników II za pośrednictwem platformy crowdfundingowej wspieram.to, również założył swój projekt, zebrał środki i wydał książkę własnym sumptem. Aktualnie jest po kolejnej zbiórce i wydaniu 2. części (a trzecia się już pisze). A ja jestem po lekturze. Jakie były moje wrażenia?

Rewelacyjne! Arek nie schodzi z wysokiego poziomu narracji, który wyśrubował już w pierwszym tomie. Tak jak poprzednio, mamy do czynienia z paletą barwnych i rozrzuconych po świecie postaci, których losy będą się ze sobą splatać. To bardzo ciekawy zabieg, ponieważ ze względu na liczbę bohaterów, nie możemy być do końca pewni, którzy z nich przeżyją. I, uwierzcie mi, autor zagrywa tę kartę nie jeden raz! Jeśli lubicie, kiedy jest krwawo i niepewnie, jeśli chodzi o losy bohaterów – ta książka jest dla Was. Nie zabrakło w niej też momentów poruszających emocje – co bardzo podobało mi się w poprzedniej części. Arek sprawnie gra na naszych uczuciach – powolutku odsłania motywacje i charaktery postaci, przyzwyczaja nas do nich, aby potem wystawić bohatera (i czytelnika) na ciężką próbę. O co nietrudno w świecie skazanym na zagładę – przypomnę, fabuła trylogii opiera się na pomyśle objawienia przepowiedni mówiącej, że za siedem lat ma dojść do totalnej zagłady. Autor na tyle sprawnie opanował sztukę budowania postaci, że nawet przesiąknięty do szpiku kości zepsuciem, perwersyjny i jednoznacznie negatywny lord Or’Urrada – wzbudza respekt jako jeden z antagonistów. Naprawdę pod tym względem czapki z głów.

Z jednej strony w 2. cz. Upadku znajdziemy to co w pierwszej – pewne ograne klisze fantasy, które jednak są poukładane w tak zmyślny sposób, że widząc je, cieszymy się jak małe dzieci, które dostały lizaka. A przynajmniej tak było w moim przypadku. Wystarczyła mi lektura pierwszego fragmentu, w którym zły czarnoksiężnik nakazuje dumnemu i nieokrzesanemu wodzowi barbarzyńców, aby oddał pokłon i poprowadził swoje hordy ku chwale tego pierwszego. Nie będzie wielkim spojlerem, jeśli napiszę, że tylko jeden z nich przeżyje tą scenę. Który? Przeczytajcie sami. Po tym półtora stronicowym kawałku wiedziałem już, że przeczytam książkę od deski do deski.
Z drugiej strony w Upadku II otrzymujemy więcej informacji o świecie przedstawionym, co pogłębia naszą immersję. Zabrzmi to może banalnie, ale w tomie drugim dzieje się to, co w drugim tomie zadziać się powinno. Wątki z pierwszej części zostają rozwinięte, przy czym oczywiście pojawiają się nowe niedomówienia. Jestem jednak pewien, że autor nie zapomni o nich w tomie trzecim.
Jeśli jesteśmy przy uniwersum, wspomnę jeszcze o kontrowersyjnym, aczkolwiek w mojej opinii ciekawym zabiegu pozamieniania nazw różnych ras. I tak w Upadku tradycyjne, znane z fantasy elfy nazywane są Sithami (nazwą elf określa się pół Sitha – pół człowieka). Książkowi Koboldowie to znane z fantasy krasnoludy (a Krasnolud to znowu dziecko Kobolda i człowieka). Goblin to upadły Sith, który dla wyższych (jego zdaniem) celów pozbył się wszelkich skrupułów. W pierwszym tomie to nazewnictwo było trochę mylące, ale w drugim, kiedy już do niego przywykliśmy, stwierdzam, że tworzy to ciekawą otoczkę. Sithowie są bardziej obcy i niezrozumiali niż zwykłe fantasy-elfy. Względem niskich acz poczciwych Koboldów czujemy większy szacunek, kiedy niezłomnie dążą do wypełnienia swoich przysiąg.
http://lubimyczytac.pl/ksiazka/3747310/upadek-dni-konca

Zmierzając powoli do końca recenzji, odniosę się jeszcze do finału książki. Oczywiście bez zdradzania wydarzeń. Tutaj kolejny ukłon dla autora. Fabuła konsekwentnie zmierza ku wielkiej kulminacji – konfrontacji więcej niż dwóch stron w bardzo ciekawej, działającej na wyobraźnie lokacji. A po drodze dochodzi do arcyinteresujących spotkań i dialogów między najważniejszymi postaciami. Polecam zwrócić uwagę na dialog między… Ehh, bez spojlerów – muszę gryźć się w język 😉
To do czego mogę się przyczepić, to pewien przesyt. Wydarza się dosłownie o jedną nutkę za dużo – jak dla mnie, oczywiście.

Co jeszcze mi się nie podobało? Głupio mi o tym pisać, ponieważ podobne wpadki zdarzyły się przy Najemnikach II (przyganiał kocioł garnkowi) niemniej spojrzę na to  perspektywy czytelnika. To co wziąłem „na klatę” w przypadku cz. I, drażniło mnie już przy dwójce, a były to literówki, akapity w dziwnych miejscach i zmiany nazw własnych. Np. okręt Duma południa stał się nagle Damą południa. Niemniej przy całej fabule i zwrotach akcji, to coś, za co mogę uszczknąć nie więcej niż pół punktu od równej dychy w ocenie.

Na koniec małe ćwiczenie. W Upadku II jest kilka postaci, które zostały wplecione przez autora dla uhonorowania hojnych wspierających. Ja w trakcie lektury wykryłem tylko jedną, co też świadczy o kunszcie pisarskim Arka. Ile wykryjecie Wy?

Share This