A teraz musisz zdecydować czy przeczytać tę książkę.

Ja już dokonałem wyboru*.

Jestem Duchem tego Miasta. Skazanym na to by przez jakiś czas błąkać się w nocy po ziemi a w dzień cierpieć pokutę w czyśćcu.

Przez pięć minut to Miasto było moje – ale się skończyło. Jak mówią słowa poety. Miałem wszystko. Wystawy w miejskich galeriach, masę znajomych, mieszkanie, samochód, gaże, wynagrodzenia i honoraria. Większość wpływów z tych ostatnich inwestowałem, bieżące potrzeby zaspokajając w dużej części dzięki rozbudowanej siatce znajomych i bezpieniężnej wymianie dóbr i usług. Zapisywałem na kartce wszystkie swoje marzenia – realizowałem je konsekwentnie i wykreślałem z listy. I… w konsekwencji skreśliłem je wszystkie. Byłem niemal perfekcyjnie zorganizowany. O szóstej rano basen – na dobre rozpoczęcie dnia. Od razu się inaczej funkcjonuje. Następnie wyjazd w kraj z pokazem swoich zdjęć. Po drodze zabieram umówionych pasażerów, aby zminimalizować koszty przejazdu. Godzina powrotu skalkulowana tak, żeby zdążyć na wywiad w miejskim radiu. Przed piwem na Deptaku ze znajomymi można wpaść na chwilę z laptopem do Strefy poobrabiać zdjęcia. Zarezerwowane na cztery godziny studio nagraniowe, gdzie dopracowuję dźwiękową ilustrację mojego ostatniego albumu. Po drodze posłucham audiobooka. Późnym wieczorem bieżnia – o ile będę miał jeszcze siłę na bieganie. Biorę pod uwagę, że mogę się już nie wyrobić. Wszystko rozpisane punkt po punkcie, dzień po dniu, godzina po godzinie. Cały czas w ruchu. Dobrze zorganizowany i zarządzający swoim czasem, z palmtopem zbrojnym w szereg najnowocześniejszych aplikacji i – rzecz jasna – mobilny Internet, aby stale móc monitorować wzrost lajków na moich fanpage’ach i instagramach. Wszystkie ciekawe serwisy – zasubskrybowane. Wszystkie nieciekawe – wpadną do spamu dzięki specjalnie skonfigurowanym regułom. Szkoda czasu. Nie lubiłem marnować czasu.

            Wreszcie – gdzieś pomiędzy tym wszystkim – miałem narzeczoną.

Ale to się skończyło. Sens tego wszystkiego przemknął mi gdzieś między palcami, między jednym spotkaniem a drugim. Przegrałem walkę z samym sobą i z własnym ciałem, okłamałem osobę, którą kocham i cały splendor oraz chwała odeszły. Są jasne strony tej sytuacji – teraz już nikogo nie okłamuję. Przynajmniej sam ze sobą jestem szczery. Zniewolony, ale przynajmniej prawdziwy. Tak, to ja – Duch tego Miasta.

Teraz szwendam się po placach i ulicach. Bezrobotny, nieuczestniczący w miejskim życiu, obserwuję je sobie spokojnie z dystansu. Nie jestem zabiegany w przeciwieństwie do znakomitej większości mieszkańców, ale wcale nie jestem przez to szczęśliwszy niż oni. Niż Wy. To piękne być zabieganym, żeby zapewnić byt swoim bliskim. Zdobywać dla nich różne rzeczy, troszczyć się o kogoś, kupować prezenty, żeby zobaczyć jego czy jej uśmiech. Ja nie mam już o kogo dbać. O samego siebie nie warto. Zresztą, nie muszę – moje potrzeby są zaspokajane. Jestem już tylko cieniem – miejską legendą. Odwiedzam nocne kluby, ale już nie spotykam tam nikogo znajomego. Rzadko coś zamówię, jeszcze rzadziej dopijam to do końca. Zostawiam nieopróżnione szkło na stole i wychodzę, nie żałując pieniędzy, które wydałem, żeby tutaj wejść. Nic dla mnie w tych miejscach już nie ma. Mimo to ciągnie mnie do nich, jak ćmę do światła. Może podświadomie wciąż mam nadzieję, że coś się wydarzy. Że coś się zmieni… A może lubię wspominać.

Nadal robię zdjęcia. Odnajduję ukrytą w Mieście fantastyczność. Nikt nie zna więcej sekretów Miasta niż ja, chociaż mam świadomość, że wciąż nie odkryłem więcej, niż odkryłem.

Możesz mnie czasem spotkać – zwyczajnie na ulicy, w nocnym autobusie lub na spacerze po urokliwych, ale trochę strasznych zakątkach Miasta. Możesz zobaczyć jak fotografuję w środku puszczy prowadzący znikąd donikąd most lub ruiny wieży na obrzeżach. Możesz usłyszeć jak w środku tłumu ktoś nagrywa coś na dyktafonie. Najprawdopodobniej to będę ja – zapisujący sobie jakąś nową myśl, nowy pomysł. Może przypomną Ci się wtedy te słowa i uświadomisz sobie, że właśnie objawił Ci się Duch Miasta.

Rozpoznasz mnie po skrywanych pod kapturem szpecących plamach na twarzy. Mogą wydać Ci się straszne, mimo to nie musisz się mnie bać, nie zrobię ci krzywdy. A straszniejsze od tych na twarzy są plamy na mojej duszy.

Ale z dyktafonowych notatek nic już nie wynika. Pomysły umierają, zanim się jeszcze na dobre narodzą. Nikt już nie ogląda moich zdjęć. Albumy leżą gdzieś w ciemnych archiwach, a Internet zapomniał o mnie już dawno temu. Nie istnieję.

Jestem Duchem tego Miasta, a to… to jest moja spowiedź.

I niech to będzie spowiedź, ale bez rozgrzeszenia – nie chcę, żeby okradano mnie z mojego życia.

 

* Grafika małpy z matrixowymi pigułkami znajduje się w przelotce na ul. Ducha Świętego w Szczecinie, autorem jest grupa o nazwie Madeinpain. Otrzymałem zgodę na zamieszczenie tego muralu w książce.

Share This