Od czego by tu zacząć… może od ostrzeżenia dla tych, którzy filmu jeszcze nie widzieli – lojalnie uprzedzam, będą spoilery.

 

            Problem z cyberpunkiem polega na tym, że go prześcignęliśmy. 2017 rok… wg twórców Terminatora niedobitki spośród nas toczyłyby aktualnie partyzancką wojnę z mechanicznymi sługusami Skynetu. „Nasz” Internet wydaje się znacznie przystępniejszy niż sieć, po której porusza się Johnny Mnemonik. Wkrótce po ulicach będą jeździły napędzane hybrydowo samochody bez kierowców, już teraz nad nami krążą drony a Google pozwala na wirtualny spacer praktycznie po każdym większym mieście na świecie. To dlatego moim zdaniem pierwszy Blade Runner cokolwiek się już zestarzał – jego wypełnione tłumem kolorowych indywidualności ulice i latające samochody rodem z Jetsonów nie są zbyt przekonujące. Nadal jednak jako widz jestem pod wrażeniem przesłania – ludzki wytwór, android, wznosi się ponad samego siebie, ponad pragnienie zemsty i ratuje życie swojemu antagoniście. Jako pierwszy przerywa spiralę przemocy i staje się bardziej ludzki niż jego stwórca – człowiek. I to raczej na tej refleksyjnej warstwie skupię się, interpretując drugą część, która, nie ukrywam, wywarła na mnie ogromne wrażenie.

 

            Dlaczego moim zdaniem ten film opowiada o kryzysie męskości i kobiecości? Żeby to zobrazować pójdę tropem nie fabuły (która swoją drogą jest przemyślana i wyważona – o co bardzo trudno w dzisiejszych superprodukcjach, w przypadku których nie wiem co jest głośniejsze – zgrzytanie związku przyczynowo-skutkowego czy moich zębów…) a tropem postaci.

 

Deckard (Hallison Ford) – w 2049 nie jest głównym bohaterem, ale odgrywa bardzo ważną rolę. Samotny, zaszył się w jakimś opuszczonym hotelu w Las Vegas, gdzie wraz ze swoim psem upija się whiskey. Z dialogów wynika, że poświęcił bardzo wiele dla ochrony swojego dziecka – właściwie pogodził się faktem, że nigdy nie pozna pociechy, ponieważ mógłby w ten sposób naprowadzić na jej trop wszelkiej maści niebezpieczne organizacje.

Deckard bardzo szybko skojarzył mi się z dzisiejszym ojcem-rozwodnikiem. Mężczyzna po sześćdziesiątce – ma za sobą sukcesy zawodowe, pieniędzy mu nie brakuje (mieszka w przestronnym hotelu, pije drogie trunki) i jest straszliwie samotny. Z jednej strony w tym wieku trudno wejść mu w nowy związek – zresztą może nawet tego nie chce? Ma swoje przyzwyczajenia, jest zgorzkniały a w kontakcie z obcymi reaguje agresją (do tej agresji wrócę przy okazji omawiania głównego bohatera, co zostawiam sobie na sam koniec). Z drugiej strony boli go brak kontaktu z własnym dzieckiem. Powinienem w tym miejscu pewnie rzucić statystykami, ale czy nie jest tak, że w znakomitej większości przypadków sąd przyznaje opiekę nad dziećmi matce? A przecież odgrywana przez Hallisona postać, pomimo całego zgorzknienia, kocha swoje dziecko – to oczywiste – zrobi wszystko co w jego mocy, aby je chronić. Co pozostaje w sytuacji, w której nie można mieć przy sobie najbardziej ukochanej osoby? Upijanie się whiskey… Czy tylko ja mogę wskazać takich mężczyzn w swoim najbliższym otoczeniu?

 

Dr Anna Stelline (Carla Juri) – spójrzmy zresztą na prawdziwe dziecko Deckarda. Czyż zamknięta w szczelnym kloszu, odseparowana od całego zła tego świata (a przez to nieszczęśliwa i żyjąca w wyobraźni oraz wspomnieniach) dziewczynka nie jest zjawiskiem aż nadto dobrze nam znanym z naszej rzeczywistości? Zwłaszcza, że ten klosz nałożył na nią mniej lub bardziej świadomie właśnie ojciec… Intencje rodzica były szlachetne – ochronić dziecko przed złem – w konsekwencji jednak sam unieszczęśliwił córkę, zamieniając jej życie w więzienie. Postać Anny to wg mnie kolejna czytelna metafora odnosząca się do relacji rodzic-dziecko w jak najbardziej rzeczywistym świecie.

 

Luv (Sylvia Hoeks) – skoro jestem przy kobietach, przejdę do antagonistki głównego bohatera – również androida – pani Luv. Na początku pomyślałem, że nowy Blade Runner  opowiada o kryzysie męskości. Dopiero, kiedy zacząłem zastanawiać się nad tą postacią, moja interpretacja wyewoluowała w stronę kryzysu także kobiecości. Dlaczego? Uderzyło mnie jedno konkretne zdanie wypowiedziane przez postać kreowaną przez Sylvię Hoeks: „jestem najlepsza!” A wypowiedziała je, kiedy wzięła górę nad bohaterem Goslinga, wbijając mu nóż w nogę. Wg mnie jest to jedna z bardziej znaczących kwestii w tym filmie.

            Uczęszczając na Filologii Polskiej na wykłady z Gender Studies do pani prof. Ingi Iwasiów, o feminizmie dowiedziałem się jednej rzeczy – to nie jest jednolity nurt. Feminizm składa się z wielu pomniejszych, nierzadko sprzecznych ze sobą kierunków. Podstawowa sprzeczność polega na tym, że z jednej strony kobieta powinna być równa mężczyźnie, taka sama jak on, z drugiej strony powinna skupić się na swojej kobiecości – odrębności od mężczyzny. Prawdopodobnie bardzo upraszczam, ale mam wrażenie, że taki paradoks ma w feminizmie miejsce. Nie neguję przy tej okazji zasług feminizmu, który zmienił świadomość przedstawicieli obu płci, poprawiając jakość życia rzeszy kobiet. Czy aby jednak feminizm się nie wyczerpał? To pytanie pozostawiam otwarte, wracając do naszej bohaterki. Nowa generacja replikantów jest posłuszna swoim twórcom – ten fakt generuje problemy tożsamościowe. Ma je Luv, ma je również główny bohater – oficer K. Oboje są zagubieni (chociaż Luv zakłada bardziej wiarygodną maskę – maskę kompetencji). Ona, szukając rozwiązania, wpada w pułapkę „złego” feminizmu (czy też jednej z jego pododmian) i buduje swoją tożsamość wyłącznie na jednym filarze – bycia lepszym od mężczyzny, pokonywaniu go. Przewrotne, że jej skuteczność ocenia mężczyzna – właściciel korporacji, dla której pracuje Luv. To jego rozkazy wykonuje, to jemu udowadnia, że „jest najlepsza”. Próbując więc pokonać wszystkich mężczyzn, nie zauważa, że jest niewolnikiem jednego z nich. Czy i takich postaw nie zauważymy wśród niektórych naszych znajomych lub krewnych?

 

Porucznik Joshi (Robin Wright) – był ojciec, była córka, pora na kolejną znaczącą postać – matkę. Oczywiście również samotną i zgorzkniałą – również pomagającą sobie od czasu do czasu alkoholem. W przeciwieństwie jednak do ojca, matka jest blisko przy swoim dziecku. Nawet za blisko… Kobieta w roli zwierzchniczki oficera K w moim odczuciu także nie jest przypadkowa. To poniekąd właśnie matka głównego bohatera – troskliwa lecz pragnąca kontrolować go na każdym kroku. Wiecznie poddaje go testom i weryfikuje jego lojalność. Stara się zastąpić mu ojca – początek filmu: „K, jesteś ranny? Nie płacę ci za to.” Mi powyższa kwestia skojarzyła się z próbą wprowadzenia do relacji przełożona – podwładny „męskiej szorstkości”. Dodam, że starania pani porucznik wg mnie kończą się porażką – zwłaszcza w kontekście późniejszego ujawnienia się fobii tej postaci. A ta fobia to strach przed zachwianiem obecnego porządku – pamiętacie jak Joshi reaguje na wiadomość o tym, że kobieta-android urodziła dziecko? Fasada opanowania i stanowczości ulega erozji, odsłaniając rzeczywiste emocje – głównie strach. Wręcz prosi bohatera, żeby po prostu rozwiązał problem – i to nawet poza protokołem, którego zwykle tak bardzo każe przestrzegać. Kapitan „matka” nie wytrzymuje swojej „męskiej” roli (którą, zaznaczmy, sama sobie narzuciła) w jeszcze jednym momencie – kiedy mówi: „wiesz co się stanie, jak skończę tę butelkę?” Kapitan chce od K „czegoś więcej”. Czy seksualna aluzja podkopuje moją interpretację? Uważam, że wręcz przeciwnie.  Dzisiejsza samotna matka chce jak najlepiej dla syna (podobnie jak samotny ojciec) jednak sama nie radzi sobie ze swoimi problemami i przelewa je na podopiecznego. Przede wszystkim reaguje agresją na wszelkie przejawy odrębności dziecka, które odbiegają od jej wizji mężczyzny. A poprzeczka postawiona jest niebotycznie wysoko – syn musi być lepszym mężczyzną niż były mąż, który okazał się przecież wielkim rozczarowaniem związanym z rozpadem związku. Syn nie powinien iść w jego ślady! Nie powinien opuszczać matki jak jego ojciec… Samotna matka przerzuca wszystkie uczucia, ale i oczekiwania na swoje dziecko – w pewnym sensie syn ma jej zastąpić partnera. Stąd mój wniosek, że filmowa seksualna aluzja pani porucznik wręcz wspiera trop, którym poszedłem. Nie wiem, jakie mechanizmy działają w relacji matka-córka, ale dla młodego mężczyzny ogrom wspomnianych uczuć i oczekiwań okazuje się często nie do udźwignięcia a wpajane przez samotną kobietę wzorce okazują się katastrofalne w skutkach – młody mężczyzna staje się… posłusznym androidem nowej generacji bez własnej tożsamości.

 

Oficer K (Ryan Gosling) – wreszcie dotarłem do głównego bohatera! Wspomnę, że obsadzenie Goslinga w roli cichego posłusznego androida było chyba najlepszą możliwą decyzją (ewentualnie jestem w stanie uwierzyć, że dorównałby mu Tom Hardy – po obejrzeniu Legendy wierzę, że ten aktor zagra perfekcyjnie KAŻDĄ rolę.) A tak na marginesie, jak myślicie, czy imię K to świadome nawiązanie twórców do everymana Kafki, czy to tylko moje pofilologiczne spaczenie do szukania nawiązań?

            Postać wykreowana przez Goslinga to według mnie dzisiejszy młody mężczyzna. Posłuszny pani porucznik (matce) stara się wypaść (i udaje mu się!) jak najlepiej. Dobrze wywiązuje się ze swoich obowiązków, przechodzi wszystkie testy. Ignoruje zaczepki kolegów z pracy i współlokatorów – nie odpowiada agresją. Jest ułożony, zdystansowany i zawsze uprzejmy. Jest chłopcem bez zarzutu… No właśnie chłopcem – nie mężczyzną.

            Podobnie jak córka – on również ucieka w wyobraźnię. Holograficzną dziewczynę odbieram trochę jako metaforę interaktywnych gier komputerowych, gdzie kreujemy własnego bohatera, trochę jako metaforę porno. Ten motyw bardzo skojarzył mi się z moją Gwiazdą – bo czy Joi, podobnie jak Jina nie jest kobietą z marzeń? Nie sposób pominąć w tym miejscu sceny miłosnego trójkąta – bohater, hologram i prostytutka… W kinie wgniotło mnie w fotel, gdy K patrzył na falującą twarz swojej partnerki… (partnerek?) I już nie wiadomo, co jest rzeczywistością, a co fikcją. Co jest prawdą a co oszustwem. Zwłaszcza, że co ciekawe, to realna kobieta była oszustką pragnącą poprzez seks wyłudzić od bohatera pewne informacje, a intencje rzekomo fikcyjnej postaci wydawały się szczere… Czy zatem porno i gry komputerowe nie są przypadkiem mniej groźne od… innych ludzi? Może to tylko mniej lub bardziej bezpieczne plastry na rany, które zostały zadane przez coś – lub kogoś – innego? I jak tu odnaleźć się w takim świecie? Zwłaszcza, że później zachowanie hologramu okazuje się wypadkową algorytmu mającego dać klientowi to, czego pragnie – scena na moście, kiedy większa wersja Joi z reklamy przemawia do młodego blade runnera tymi samymi słowami, co „jego” Joi. A może to wcale nie jest blaga? Może prawdą jest, że Google wie o nas więcej niż nasza rodzina, przyjaciele i partner razem wzięci? Wątek Joi pokazuje w interesujący sposób, że my faceci, tak naprawdę szukamy nie seksu, tylko bliskości i akceptacji…

            Falująca twarz seksualnej partnerki to nie jedyne rysy wytworzonego przez matkę obrazu świata, który nie wytrzymuje konfrontacji z rzeczywistością. „Zbrodniarz”, którego K dopada na początku filmu nikomu nie zrobił nic złego. Całą jego zbrodnią  była ucieczka od społeczeństwa, które chciało go unicestwić. Mało tego – był lekarzem, odebrał poród. Bo jak się okazuje, android wbrew powszechnej opinii może mieć dzieci. Za murem (tak – to kolejna metafora!) poza bezpiecznymi dystryktami miasta, wszystko wygląda inaczej, groźniej. Tylko czy to znaczy, że gorzej? Są tam wprawdzie bandyci i dzieci zmuszane do niewolniczej pracy, ale jest też ul z pszczołami, promieniowanie okazuje się niegroźne, całkiem przyjaźnie jawi się też świat ojca – przestronne pokoje, przeboje z dawnych lat, wierny pies. Scena wspólnego picia whiskey z Deckerem bardzo mnie poruszyła – niewiele słów, za to każde istotne. Oto syn, który wydostał się spod protektoratu matki, poznaje wreszcie świat ojca, świat mężczyzn i nie jest to wcale taki zły świat…

            Ciekawe też, że pomimo swoich tożsamościowych problemów i teoretycznie mniejszego doświadczenia, K okazuje się mądrzejszy od „rodziców”. To on w odpowiednim momencie ucina rozmowę z panią porucznik – wspomniana wcześniej aluzja seksualna. To on, pomimo otrzymania kilku ciosów pięści, nie odpowiada przemocą i przekonuje Deckarda, że nie jest jego wrogiem.

            Nic dziwnego, że w takiej rzeczywistości, z takimi wzorcami od starszego pokolenia, bohater jest totalnie zagubiony. Co więcej, opowieść traktuje go bardzo perfidnie, bo kiedy wydaje się, że zgłębił wreszcie wiedzę, kim tak naprawdę jest, wszystko okazuje się oszustwem, elementem intrygi. K został instrumentalnie użyty, aby chronić kogoś innego. W jednej chwili, przez jedno zdanie traci tożsamość, którą z takim trudem i bólem odnalazł. W finale zostaje z niczym – i muszę powiedzieć, że czułem tę pustkę razem z nim.

 

            A jednak, pomimo pesymistycznego według mnie wydźwięku filmu i bezlitosnego zobrazowania toksyczności dzisiejszych damsko-męskich relacji,  zakończenie przyniosło mi – mężczyźnie – nadzieję. Nawet po wspomnianej utracie tożsamości i mając wpojone tak zgubne wzorce, chłopiec dokonał właściwego wyboru i zrobił coś dobrego. Doprowadził do bezpiecznego spotkania Forda-ojca z córką. Rodzic i dziecko otrzymali drugą szansę – na poznanie się, na przebaczenie i uzyskanie przebaczenia, na ponowne zbudowanie dobrej relacji, na odpowiedź „tato, dlaczego mnie zostawiłeś?” K zapłacił za to potworną cenę, ale dokonał samodzielnej (nie narzuconej przez panią kapitan – matkę) oceny, co jest dobre a co złe i nie zawahał się podjąć słusznej jego zdaniem decyzji. W moich oczach udowodnił w ten sposób, że ma jaja – że jest prawdziwym mężczyzną!

 

            Na koniec przyznam się, że jestem bardzo ciekawy Waszego zdania na temat filmu i mojej interpretacji – zachęcam do komentowania i dyskusji.

Share This