Paweł Jakubowski: z zawodu pisarz, hobbystycznie pracownik korporacji.

Najemnicy I

Tytuł: Najemnicy, część I

Cykl: Najemnicy

Tom: 1

Autor: Paweł Jakubowski

Autor okładki: Witold Jakubowski

Wydawca: Poligraf

Data wydania: 14 marca 2013

Liczba stron: 548

Oprawa: miękka

ISBN-10: 978-83-7856-061-6

„Czołem, łajzo! Po trzynastu latach pokoju w rozbitym dzielnicowo Orgonie znowu wybuchła wojna domowa. No i bardzo dobrze! Długo nie było roboty dla uczciwego najemnika. Teraz jest jej aż nadto. Zapraszamy do oddziału! Zapewniamy wikt, opierunek, wyszkolenie, broń, a nawet buty! Nie interesuje nas, kim i skąd jesteś, co robiłeś, czy umiesz machać żelazem, czy nie lub czy za twoją głowę ktoś wyznaczył nagrodę. Dla każdego znajdzie się miejsce. U nas dostaniesz carte blanche… cokolwiek to, kurwa, znaczy. Jasne, że można zginąć, tylko że bez tego nie byłoby przygody. No… na co jeszcze czekasz – zapraszamy w szeregi Psów Wojny!”

Przeczytaj fragment: "Oblężenie"

Ognisty pocisk rozświetlił na chwilę noc i przeleciał łukiem ponad murem. Rozpryskując się, uderzył w jeden z domów, który natychmiast zajął się płomieniami. Ze środka w panice wybiegły ciemne sylwetki. Szturmujący ani na chwilę nie przestawali być zasypywani gradem strzał. Mimo, że wielu z nich padło, już dobiegali do muru i zaczęli przystawiać drabiny. Obrońcy usiłowali spychać je bosakami. Ale ilekroć któryś za bardzo się wychylił, atakujący szyli do niego z łuków. Już kilku nieszczęśników znalazło w ten sposób śmierć. Pierwsi wojownicy sprawnie wspinali się do góry. Szybko spadali rażeni strzałą, oszczepem, zrzuconym kamieniem lub oblani wrzątkiem. Na ich miejsce wstępowali jednak następni. Co zręczniejsi docierali na długość oręża i rozpoczynała się walka wręcz. Zdawałoby się, że obrońcy, wymierzając swoje ciosy z góry, będą mieli przewagę. Jednak, osłaniani z dołu przez łuczników, nacierający powoli pięli się o kolejne szczeble. Lada moment mogli wedrzeć się na mur.

Bramy zamku też nie pozostawiono w spokoju. Oblewani gorącą smołą i rażeni grotami strzał topornicy zawzięcie uderzali w wielkie dębowe wrota. Co i raz któryś z nich dołączał do ścielącego się stosu trupów. Mocna i dobrze zabarykadowana brama ani drgnęła. Teraz jednak topornicy ustępowali miejsca nadjeżdżającemu taranowi. Machina była sporych rozmiarów, do tego osłonięta drewnianym zadaszeniem pokrytym zwierzęcymi skórami, co miało zapobiec podpaleniu. W jej stronę posypał się grad pocisków, ale nie mogły one wyrządzić większej szkody. Wkrótce okuta żelazem, potężna głowica uderzyła z impetem w drzwi, które jęknęły i zadrżały. Wspierające je z drugiej strony belki i skoble zatrzeszczały niebezpiecznie. Było tylko kwestią czasu, kiedy wrota ustąpią.

Tymczasem walka na murze i drabinach stała się jeszcze bardziej zażarta. Jeden ze szturmujących zwinnie odchylił się przed nakierowanym na jego głowę uderzeniem miecza i sam wprawnym ciosem powalił stojącego mu na drodze obrońcę. Na chwilę zrobiła się luka. Wojownik natychmiast to wykorzystał i wszedł na mur. Bardzo szybko, atakowany z dwóch stron na raz, został zarąbany, ale na jego miejsce już wskoczył następny. Kolejni byli u szczytu drabin. Obrońcy zaczęli ustępować. Jeden z nich zrobił krok do tyłu, udając, że cofa się jak inni, po czym nagle naprał do przodu i zepchnął swojego przeciwnika z muru. Rozejrzał się szybko, oceniając sytuację. Zasłonił się tarczą przed ciosem innego napastnika, po czym ustąpił miejsca swojemu towarzyszowi broni. Ruszył w stronę baszty, aby zejść na dół. Wszędzie dało się słyszeć szczęk broni i krzyki walczących. Przy bramie gotował się niewielki oddział z zadaniem zagrodzenia nieprzyjacielowi przejścia po tym, jak ustąpią wrota. Obrońca, który opuścił na chwilę bitwę, odciągnął na bok jednego z żołnierzy.
– Jak się zwiesz chłopcze?! – zawołał.
– Erl! – odkrzyknął młody chłopak. – Erl…
Tu chciał dopowiedzieć nazwisko, ale huk pękającej bramy zagłuszył jego słowa. Świsnęły strzały. Atakujący z triumfalnym okrzykiem bojowym przedarli się przez zwalone wrota i natarli z impetem. Obrońcy mężnie zastawili im drogę, ale jasnym było, że długo nie zdołają utrzymać swojej pozycji. Na murach cofano się do baszt, aby stamtąd jeszcze ostatni raz spróbować odeprzeć nieprzyjaciela.
– Nie ma czasu do stracenia! – krzyknął starszy mężczyzna. – Biegnij teraz do komnat mojej córki! Powiedz jej, że przysłał cię ojciec! Ona pokaże ci sekretne wyjście z zamku! Przysięgnij mi, że się nią zaopiekujesz! Bitewny zgiełk przybrał na sile.
– Przysięgnij!! – mężczyzna potrząsnął ramieniem chłopaka.
– Przy… przysięgam!
– I pamiętaj! Kiedy stąd wyjdziecie, nikt nie może się dowiedzieć, że jest moją córką! W tym momencie jeden z walczących na dziedzińcu padł trafiony potężnym buzdyganem. Rosły wojownik w zbroi z kolcami i garnczkowym hełmie, rozejrzał się za nowym przeciwnikiem. Swoje przerażające spojrzenie zatrzymał na młodzieńcu.
– Biegnij! Już! – starszy mężczyzna ruszył, żeby przegrodzić drogę wielkiemu napastnikowi.

Godzinę później z pobliskiego wzgórza Erl razem z Nende oglądali płonący zamek jej ojca.

Przeczytaj fragment: "Wilk głodny i owca zjedzona"

– Brosto, jak zwykle nie lubisz gadać po próżnicy – odparł Akri. – Słusznie, zostaliśmy wynajęcie przez Torgrad, a wy?
– Przez rebeliantów – zmarszczył czoło kapitan Psów.
– Niedobrze… jakie dokładnie macie zlecenie?
– Od dzisiaj przez trzy dni bronić południowego brzegu rzeki Sepli, żeby generał Godeberg nie otrzymał posiłków.
– My mamy zabezpieczyć południowy brzeg Sepli dla przemarszu odwodów generała Godeberga – stwierdził posępnie Akri. – Szczerze mówiąc, jesteście już i tak przegrani. Twierdza Tovar została już przejęta przez Torgrad. Wczoraj zdobyła ją grupa do zadań specjalnych. Podobno to ulubieńcy samego marszałka von Effena. Mnie i moim chłopcom twierdza ma być tylko przekazana. Nie powinienem tego mówić, ale już dzisiaj wieczorem przyjdzie tu pierwszy oddział Torgradu. Piechota, trzystu świeżych rekrutów. A to dopiero początek, później przyjdą większe siły. Zapadła chwila milczenia.
– No trudno – uśmiechnął się Brosto, tłumiąc rozczarowanie. – Nikt nie mówił, że będzie łatwo. Mogliśmy się spodziewać, że to byłoby zbyt pięknie, gdybyśmy mogli walczyć po jednej stronie. Proponuję standardowy układ. Walczymy w ostateczności, wymieniamy się jeńcami i nie dobijamy rannych.
– Brosto – odrzekł poważnie Akri – ty i twoi ludzi akurat to macie u mnie zawsze zapewnione.
– I wzajemnie.
– Szkoda, że tak wyszło, ale nic się nie da zrobić.
– Niekoniecznie… – wtrącił się Merlf.
– Jak to „niekoniecznie” – zmarszczył czoło kapitan Borsuków. – Co masz na myśli?
– Nie widzę sprzeczności interesów – stwierdził karzeł.
– Kurwa, Merlf – rzekł kapitan Borsuków. – Jak nie widzisz sprzeczności interesów? My po stronie Torgradu, oni po stronie rebelii. Rebelia walczy z Torgradem. Wyjaśnij mi, jakim sposobem nie widzisz sprzeczności interesów, bo może zgłupiałem na stare lata, ale ja tu widzę kurewską sprzeczność interesów!
– Z całym szacunkiem, panie Akri, już tłumaczę. Jeśli dobrze zrozumiałem, to pan kapitan Brosto ma zapobiec przedostaniu się torgradzkich posiłków na południowy brzeg rzeki, czy tak? Brosto skinął głową.
– A pan, panie kapitanie, ma zabezpieczyć przemarsz torgradzkich posiłków na południowym brzegu? Zatem, jeśli pan kapitan Brosto przeprawi się na północny brzeg i tam zatrzyma posiłki Torgradu, obaj panowie wypełnią swoje zadanie.
– A niech mnie wszystkie stwory mroku! – wyszczerzył zęby Stary Akri. – Kocham karły! Biorę wszystkich Innych na świadków, że kocham karły! Wszystko bardzo pięknie mości Merlf, tylko chyba zapominasz o dwunastu chłopakach von Effena. Na razie siedzą w twierdzy i oblewają zwycięstwo, ale jak coś do nich dojdzie, jak coś im się nie spodoba, to już oni dopilnują, żebyśmy wszyscy zawiśli za nasz mały przekręt.
– Jest jeszcze jeden problem – powiedział Brosto. – Książęta życzyli sobie, żeby mój oddział przejął twierdzę Tovar i stamtąd bronił przeprawy.
– Panowie, panowie… Merlf pokręcił głową. – Po co sztucznie namnażać problemy? Jestem pewien, że zbuntowani książęta będą wniebowzięci, jeśli posiłki nie dotrą do generała Godeberga na czas. A to w czyich rękach będzie jakaś malutka, nic nieznacząca, forteczka, będzie dla nich szczegółem naprawdę mało istotnym. Zaręczam. Natomiast, co do wspomnianych chłopców von Effena… panowie wybaczą, ale widzę błąd w rozumowaniu. Jeśli mamy wiadro śliwek i… ilu jest tych ulubieńców marszałka – dwunastu? No więc właśnie. Jeśli dwanaście śliwek jest robaczywych, to chyba nie należy wyrzucać wszystkich zdrowych śliwek, a zostawiać dwunastu robaczywych? Lepiej będzie wyrzucić z wiadra dwanaście tych robaczywych i wszyscy będą zadowoleni.

(…)
– Akri… – zawahał się Brosto. – Nie musisz tego robić.
– Pierdolić Torgradczyków! Chujowo płacą. Umowa jest umową. Ja zabezpieczam południowy brzeg, północny nic mnie nie obchodzi. Poza tym, Brosto… jeśli damy im za szybko stłumić rebelię, to znowu nastanie pokój i co my wtedy będziemy robić?

Share This