Paweł Jakubowski: z zawodu pisarz, hobbystycznie pracownik korporacji.

Ty

Tytuł: Ty

Wymiary: 18,0 x 18,0 cm

Autor: Paweł Jakubowski

Obrazy, grafiki: Jarosław Eysymont

Wydawca: FORMA

Data wydania: 20 września 2010

Liczba stron: 120

Oprawa: miękka

ISBN-10: 978-83-60881-35-4

Ty Pawła Jakubowskiego to powieść utrzymana w konwencji mrocznego surrealizmu, której głównym bohaterem jest młody, niestabilny emocjonalnie mężczyzna, zafascynowany kobietą przypominającą demoniczne heroiny Stanisława Ignacego Witkiewicza. Fascynacja twórczością Witkacego ujawnia się zresztą w całej powieści. Świadczy o tym atmosfera tajemniczego domu, do którego trafia młody mężczyzna za sprawą swej femme fatale. Bywalcy tego domu oddają się enigmatycznym praktykom, budzącym trwogę, a wrażenie to wzmacnia obecność owadookiego indywiduum. Na takim właśnie tle główny bohater oraz jego wamp prowadzą grę pozorów, którą z zewnątrz można postrzegać, jako specyficzną formę wyrażania uczuć spajających ich związek. To jednak nie koniec. Autor wprowadza bowiem jeszcze jedną istotną postać, wskutek czego Ty nabiera cech horroru. I jest to z pewnością taki horror, który trzyma czytelnika w napięciu od pierwszej do ostatniej strony.

Przeczytaj fragment: "Koncert"

Zajęli miejsca. Pomieszczenie było ogromne (w końcu budowało się tam statki). Potężna stalowa konstrukcja. Dziesięć metrów nad głowami gości wisiały urządzenia dźwigowe, mostki, kabiny, rury, wsporniki, rozmaite stanowiska i co tam jeszcze. Na podłodze rozstawiono morze krzesełek, które podzielono na liczne sektory – im bliżej do sceny tym drożej. Sektor vip’ów znajdował się niemalże na scenie… Wszelkiego kalibru reflektorów było chyba z siedemdziesiąt. Kolumn nagłośnieniowych i wzmacniaczy jeszcze więcej. Instrumenty, stanowiska chórzystów, stanowisko dla maestro, stojaki z nutami (a nie, zaraz, zaraz – zapisu nutowego przecież nie było, pewnie jakieś krzaczki i inne skomplikowane znaki), śpiewniki – wszystko czekało z prawie namacalną niecierpliwością – aż się zdawało, że zaraz zacznie drżeć nieznacznie, a potem coraz bardziej i bardziej aż eksploduje, zabijając wszystkich zebranych, jeśli tylko ktoś zaraz tego nie uspokoi, nie zużytkuje. Nad wszystkim unosił się niepowstrzymany gwar tysięcy ludzi. Pawełek odniósł wrażenie, że gdyby tylko wyciągnął rękę, można by złapać żywcem ten jakiś obecny tu mistycyzm (czy diabli wiedzą co). Głos z głośników zepsuł wszystko.
– Szanowni państwo, w trosce o prawa autorskie i komfort pracy artystów, prosimy o nie rejestrowanie koncertu w żadnej formie. Wierzymy, że wyłączyli państwo telefony komórkowe.
Drgnął i sięgnął do kieszeni żeby wyłączyć komórkę. Rozległy się trzy dzwonki. Karola siedziała nieruchomo. Zamglony wzrok utkwiony miała w bliżej nieokreślonym punkcie sceny. Pawełek z samczą zazdrością zauważył, że sąsiad Karoli z lewej strony (Pawełek siedział z prawej) zerka co chwilę (niby dyskretnie) na jej nogi. Pojawili się artyści. Zaczęli zajmować swoje miejsca. Jakiś konferansjer mówił coś – nikt go nie słuchał. Oddech Karoli przyspieszył. Przymykała i otwierała oczy. Możliwe, że nawet cichutko zajęczała (chociaż może jednak nie – jeśli tak, to bezgłośnie). Coś się z nią działo. Coś intensywnego.
– Chcesz? – zaproponowała szeptem Pawełkowi gumę do żucia.
– Dziękuję – odmówił.
Karola, trzęsącymi się rękami, zaaplikowała sobie listek… (hej! – czy gumę wkłada się pod język…? Nie, Pawełek zdał sobie sprawę, że to chyba jednak nie była guma). Głowa Karoli odskoczyła do tyłu i opadła na bok, źrenice rozszerzyły się nienaturalnie, ręce opadły, a nogi poniżej kolan rozsunęły się na boki. (Tak, tak – poniżej kolan, nie powyżej – nie mam na myśli seksualnego rozkraczenia, a raczej pozycję permanentnego rozwalenia się). Cóż to był za widok! Pawełek wziąłby ją zaraz, w tej chwili, bez względu na otaczających ich ludzi, ale właśnie pojawił się P. – ukłonił się w stronę publiczności i gwar zniknął jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – odwrócił się do orkiestry, stuknął dwa razy batutą i huknęło…

Dźwięki jakie rozpętały się od samego początku…! Błysnęły reflektory! Skrzypce, altówki, wiolonczele, kontrabasy, puzony, tuby, flety, bębny, talerze, gong, organy i jeszcze jakaś nieokreślona diabelska machina do wydobywania wypruwających trzewia najpotworniastrzych tonów… wszystko to na raz, jednocześnie, z góry, na siedzącego na dole biednego zahukanego słuchacza, waliło się, spadało lawinowo w postępie geometrycznym… Nagłe epileptyczne zmiany oświetlenia… Eksplodowały fajerwerki… Cała hala stoczniowa została jak gdyby wyrwana z fundamentami, korzeniami z tego ziemskiego padołu i przeniesiona gdzieś w kosmos – na Marsa, Słońce, w inne układy oddalone o tryliardy lat świetlnych…

P. wymachiwał jak sam szatan… Przestrzeń uległa pijackiemu rozszczepieniu optycznemu na trzy zamazane fragmenty, które to nachodziły na siebie, wyostrzając się, to znów oddalały, coraz bardziej rozmazane… Jakieś wibracje – coraz silniejsze, silniejsze, takie że jeżeli wywołująca je energia nie znalazłaby zaraz ujścia to strach nawet przez ułamek sekundy pomyśleć co by się mogło stać… A wszystko potężniało jeszcze, potęgowało się – jeśli przyjąć, że to co było, było jakąś bestialską wartością N, to mgnienie potem było już N! (silnia)… I kiedy już zdawało się, że wytrzymałość odbiorcza uczestnika spektaklu jest rozciągnięta do absolutnych granic wszechrzeczy, że już nic więcej być nie może (nawet abstrakcyjnie), wtedy następowała właśnie kolejna monstrualna eskalacja, hipernova, która namnażała się błyskawicznie w biliony innych hipernóv, i okazywało się, że tamto przedtem to było nic, albo nawet, że nic nie było w ogóle… To co się kłębiło i kotłowało, przenikało, splatało… Drobnoustrój zmiażdżony przez całą dostępną materię wszechświata… Czas realny i urojony… czarna dziura… zakrzywienie czasoprzestrzeni… Nagle huk…

* * *
* * *
* * *
Wszystko ucichło… ale całość grzmiała jeszcze w uszach sekstyliardem ech (potem już tylko miliardem, milionem, stoma tysiącami itd.). Uspokajało się. Wszystkie kataklizmy duszy wytracały powoli swą prędkość. Oksymorony zostały nieco zpierwiastkowane – ogólna tendencja redukcyjna. I chociaż wartości nadal były jeszcze zabójczo gargantuiczne – na wyższym poziomie abstrakcji – to najważniejsze, że opadały systematycznie w postępie piramidalnym. Napór doznań lżał stopniowo.) Pauza nastąpiła w ostatniej chwili – jeśli tamto potrwałoby choć nanosekundę dłużej, absolutnie skończyłoby się to hiperzgonem w niewyobrażalnych nadmęczarniach… Nigdy cisza nie była taką rozkoszą! Totalnym na wszystkich płaszczyznach ukojeniem.

Łagodnie wszedł chór. Za jakiś czas dołączyła partiami orkiestra. Ale muzyka i śpiew już tylko uspokajały. Owszem zdarzyły się jeszcze zrywy, ale na zupełnie innej zasadzie. Dalsza część została skomponowana już chyba tylko po to żeby wyhamować armagedoniczny początek. Proces gojenia rozdrapanych w miazgę wewnętrzności – dobrze, że działo się to poza kategorią czasu – w przeciwnym wypadku nie starczyłoby go żeby cokolwiek uratować. Tylko najwyższej marki geniusz mógł skomponować coś wywołującego takie otchłanie – a że zechciał jeszcze dopisać część drugą, tylko po to żeby ocalić słuchacza od męczeńskiej śmierci, żeby nie zostawić go samego wobec wszystkich kataklizmów duszy zesłanych przez część pierwszą, to już było ze strony P. szczytem dobrej woli i miłosierdzia.

Padł ostatni monumentalny kawałek i koncert dobiegł końca. (Zasada, którą kierował się P. przy komponowaniu i realizowaniu była w gruncie rzeczy bardzo prosta – chodziło o ekstremalnie – tak jak to tylko możliwe – nierównomierne rozłożenie akcentów, co może doprowadzić nawet do śmierci, ale genialny kompozytor idealnie wyczuł gdzie jest granica i kiedy należy zaprzestać.)

Rzecz jasna powyższy odbiór był udziałem Karoli. Pawełkowi, dla kontrastu, owszem podobało się, ale z trudem wysiedział do końca (dwie godziny). Bardziej nawet niż sama muzyka, absorbowała go idea złapania Karoli za rękę. Potem dodatkowych emocji dostarczał mu fakt, że nie mógł wyczuć u niej pulsu…

Ludzie powoli wstawali z miejsc i kierowali się do wyjścia. Na scenę wyszedł niejaki kapitan żeglugi morskiej – D. (porządnie urżnięty) i zaczął dziękować P. za wspaniały koncert. Nie wiedzieć czemu dziękował po angielsku (P. był kompozytorem światowym, ale rodzimym) – z tak tragicznym akcentem, że trudno wyobrazić sobie gorszy.

Share This