Opuszczając chłystkiem podkrzywdzie zostawiłem landlordowi kartkę z szemranymi wykrętami. Za poprzedni miesiąc zalegam mu jeszcze sto funi. Za ten dwieście pięćdziesiąt, a tu już kolejny ciągnie. Czas ogłosić niewypłacalność i bezdomność. Najgorszy wór na plecy, śpiwór tatusia w Himalaje i lulu gdzieś na uścieloną halunami o tej porze roku łąkę. No i namiot. Przydałby się. Sześćdziesiąt F w portfelu. Eh, nic. Trzeba jebnąć. W Morissonie nieopodal zrobili wysyp miotów bez pikaczy. Idę zatem jak po swoje. Okoliczności sprzyjające. Stoiska z kwiatami stoją tuż przy wyjściu. Wystarczy przedefiladować wzdłuż pasażu, zgarnąć łup, zastygnąć chwilę w zachwycie nad florą i adios. Szeptem. Technicznie – nic prostszego, moralnie – już sam nie wiem. Od kiedy gram na poważnie takie zakupy to normalka. Moim mentorem był w końcu sam filozof bromby – Jonasz. Według jego typologii właśnie zrobiłem przeskok ze smakosza w gentelmana. Dziewica, liliput, wariat, smakosz, dżentelmen i czarodziej. Jest jeszcze buc sklepowy, taki co skroi papier toaletowy, bo akurat jest okazja albo lewak, co się czuje Robin Hoodem jak kradnie. Wiecznie wkurwiony, bo za mało wyrżnął z korporacji. Najchętniej wychodząc dałby jeszcze ochroniarzowi w mordę. Za podręcznikiem mistrza ładuję spożywkę po kieszeniach. Wzrok na półki, delikatnie z wyczuciem, po brzegi. Najlepiej przed wyjściem ze sklepu opłacić w kasie jakiś wiktuałek – tzw. telemark. Ja jednak zaniechałem tej grzeczności. Spiny teraz takie drogie…

Poprawiłem Mandżur na plecach, odłożyłem klucz na list pożegnalny. Przeliczyłem raz jeszcze trzy pozostałe banknoty. Czas ruszać w miasto. Już po drodze wszcząłem kalkulacje. W poniedziałek zaczynam robotę w Carmarthen. Pierwsza wypłata w następny czwartek. Za sześć dych jakoś wytrwam te niespełna dwa tygodnie. Potem spokojnie, jeszcze jeden na wypłoszu. Miejski surwiwal nie jest mi obcy. Dalej wynajem – w normalnych warunkach, nie jak teraz w klitce dwa na dwa. Jak człowiek. I koniec z tym gównem. Od teraz. Sukcesywnie. Funt do funta. Praca. Kościół. Bodybuilding. Rozbiję się tymczasem gdzieś nad morzem. Poczytam. Najlepiej Biblię. I koniec z tym gównem. Może coś napiszę.

Zaklinając się dotarłem do centrum Llanelli – miasta mojego upadku, ćpuńskiego fetorku i ruskich papierosków. Małego Żychlina, skąd hurtem zwalili się Polacy u schyłku Millera. Smutne to kutenko, miniatura kraju. Zaścianek dla żyjących na dwa procent. Mijając zakład bukmacherski William Hill wstrzymałem powietrze i po raz wtóry przeliczyłem gotówę. Przystanąłem instynktownie. „A jeśli to dzisiaj?” Przeszyła mnie straceńcza myśl. Jak wyrok. Zagram za dyszkę. Jak się poszczęści wyjdę ze stówką. Jak nie. Pięć czy sześć dyszek różnicy nie robi. Z resztą oni chyba naprawdę te maszyny podkręcili. Już wczoraj było to widać, że zaczęły dawać. Ludzie najwyraźniej się zreflektowali, że są dymani i były protesty, a William Hill chcąc ich ułagodzić teraz popuści lekko smyczy i zacznie sypać. Przecież wczoraj już byłem dwieście z przodu. Z pięciu dych zrobiłem. I cały czas te same liczby. Grunt to trzymać zero. I dwójkę. No i Jordana rzecz jasna. Dwadzieścia – na straży. Lekko klołsy – do zwrotu chociaż i jakiś orfelenik. Z małej serii jeszcze piąteczka i dyszka. Hmm. Kurwa! Gdybym wczoraj wyszedł z tą dwusetką, tak jak chciałem. Wystarczyło wypłacić. Pójść na drugą stronę do Cash-Maxa i wykupić ten telefon za sto dwadzieścia siedem. O piątej zamykają lombard. Mamy za piętnaście. Reszty przecież nie zdążyłbym przewalić przez ten kwadrans. Nie ma takiego opcji. Nie zastawiłbym na powrót Huaweia. Przynajmniej nie dzisiaj. Znaczy wczoraj. Bo jak? A tak to noszę tylko tę kartę, a za abonament już dwa miesiące płacę. Cztery dychy wprost z konta Vodafony biorą. Próbuję ich przechytrzyć. Od razu po wypłacie do bankomatu gonię. Całą flotę w garść bierię. Ale ci jak telepaci. Raz niespodziewane benefity przytuliłem. Jeden dzień zaspałem. Wystarczyło. Zczardżowali. Ale może i dobrze. Przynajmniej im nie lecę. No i mogę dzwonić. Bez ograniczeń. Do Polski nawet. Ychy… Tylko z czego? Jak na gwałt potrzebowałem siana, by przemielić je w amoku na tysiące, nie myślałem o operatorze. Mam taki telefon za dychę w sieci EE. Zwykły szrot na kartę. Wystarczyło, żebym wziął u nich abonament. Ale gdzie. Ja przecież musiałem się odegrać. Natychmiast. Salon Vodafone najbliżej. Wszedłem, podpisałem, zgarnąłem, ożeniłem, przejebałem i zostałem… z cyrografem na dwa lata. Tamtego ranka utopiłem dwieście pięćdziesiąt F wypłaty i dziewięćdziesiąt zastawu. Tylko tyle wyrzygali za Huawei warty pięćset. Miesiąc później zdołałem jeszcze przedłużyć termin o kolejny. Wczoraj minął. Telefonu nie ma, a karty do szrota nie przełożę, bo tu nie ma, że sim locki. Owszem, powinienem kupić jakiś zastępczy smarcik w Vodafonie za czterdzieści i hulać se po necie w ramach taryfy. Taki wydatek to dla gracza jednak Czomolungma. Lepiej doładować kartę za dyszkę, a zaoszczędzone trzydzieści wpierdolić w automat. I gdzie tu logika?

Ale wczoraj sypał. Rzeczywiście, jak nie on. I jeden i drugi. I nawet ten w Betfredzie, bo jak vademecum radzi żeby wygrać trzeba zmieniać nie tylko żyda ale także salon. A sypał jak złotem. Dwójeczki za funia, zielone za trójkę. Niestworzone historie. Najpierw przewaliłem tylko czterdzieści na rozruch, ale później już służył. I pyk do stówy, trochę zjechał. I pyk do stu dwudziestu. I w górę stawka. I jeb orfelenik i tyk Jordan. I tak do dwustu siedemnastu F chyba doszusował. A potem srrrrrru! Na pysk. W dół. Czemu ja, kurwa wtedy nie wyszedłem?! Czemu znów dałem się orżnąć? No czemu?! Mogłem chociaż zostawić te dwadzieścia siedem F na przedłużenie umowy z lombardem albo tę głupią szesnastkę na ratę providenta, wyjść po prostu. A ja tylko w myślach krzyczałem „Uciekaj”. I kolejny zakład. I znów kurwa fruwa po kole jak pieprzone bydlę po padoku. I do czysta. Na szczęście, jak zwykle z resztą, większą część siana zbunkrowałem między Biblią a nieprzeczytanym Cabrem na podkrzywdziu. Suma sumarum przerżnąłem wówczas tylko pięćdziesiąt funtów. W odwodzie mam jeszcze sto sześćdziesiąt. Wezmę dwadzieścia. Nie będę szedł już na miasto, tylko zagram w Ladbroku koło chaty. A nuż się poszczęści. Jakem po tylu miesiącach mógł się tego nie nauczyć. Ladbroke to zwykły złodziej. Kurwa pierdolona. Nawet pobawić się nie da. Sam interface tej ruletki jest bardziej dojebany niż w Williamie Hillu. I rzuca tymi trzynastkami, krzywymi orfelenami, udobruchać próbuje jakimś zwrotem, mami sąsiadami zera. A tak to piach, piach, piach. I znów trzydzieści trzy. Przecież prawilnie po trzydzieści dwa powinna dać lustro czyli Jordan. Dwadzieścia F jak kamień w wodę. Więc tup tup tup na podkrzywdzie i spod Cabrea, tym razem czterdzieści. Ale ostatnie. Pozwól Panie, żeby to były ostatnie. I tup tup tup z powrotem na salony. Dziewiąta – jak na złość dziewiątka. Nadzieja jeszcze nie gaśnie, ale słyszę już świszczące dokoła głowy torpedy znanej beznadziei. Światło w środku zwolna gaśnie – niezwykle daleko od Boga. Za chwilę przypierdolą mi w samoocenę. I zacznie się rozpacz. Jak zwykle w dniu wypłaty.

Kolejne czterdzieści funtów wyciągam w pełni już świadomy, że przegram. Na chwilę odkładam jeszcze jeden z dwóch banknotów i zastygam w rozterce. Lecz ulegam podszeptom nie wiadomo skąd i kogo i wychodzę z czterdziestakiem.

– We re closing – operator żyda wskazał na nadgarstek. Może i dobrze. Przynajmniej nie wypłuczą mnie do końca. Jeszcze przed chwilą byłem dwieście z przodu, teraz jestem sto pięćdziesiąt na minusie. Co za maszyna totalna. Istna bestia – bomba wodorowa.

– Two last spins – odburknąłem bez szczypty uprzejmości i wcisnąłem przycisk. Zakręciłem. Trzynastka. Hehe, aż się uśmiałem. – His shit should be forbiden by law. Its not like In normal casino. Its just cheeting people – rzucam do chłystka w firmowym uniformie.

– I know – wzruszył ramionami – I see lot of people, everyday. Loosing all.

“To na chuj tu jeszcze robisz, cioto?” – chciałem odpowiedzieć, ale machnąłem tylko ręką i wyszedłem bez wersalu. Jak zawsze z rozszarpanym sercem. Dla gracza w amoku kredyty na wyświetlaczu to imponderabilia, gdy je traci, czuje jakby odebrano mu właściwie wszystko. Ile siwych włosów, ile ran na sercu – tyle masz moich tysięcy.

Także stoję z tym plecakiem, namiotem i trzema dwudyszkami w garści i już wiem, że i dzisiaj nie ominie mnie ta rozkosz. Ale tylko za dyszkę. Idę zatem jak na ścięcie. Rozmieniam na pół jeden z banknotów, zasiadam vis a vis Saturna pożerającego własne dzieci. I już słyszę ten charakterystyczny zgrzyt. To kabona idzie w czeluść maszynerii, jak ciągnące żurawie… do piekła. I wstukuję w ekran niezmienne faworyty. Wtapiam się w wirtualny migot koła. I znów hulu – babulu toczy się kula bólu. Mam już ją tak obcykaną, że ledwo wystrzeli, a wiem co jebana wyrzuci. Elektroniczna pinda. No i… No i… Dwadzieścia osiem na początek. No dobra. Za pół? Tak się bawimy. Kolejny spin – trzydziestka – nie rób mi tego więcej kochanie. Podkręciłem tempo i poszedłem na ostro. Proszę, cię panie, to moje ostatnie pieniądze – wyszeptałem. Daj dwa i wychodzę. Daj dwa! Lecisz, lecisz, lecisz. Tak… tak… dobrze… dawaj… dawaj… dawaj… Jeeeest! No! I tak właśnie z dyszki lepimy czterdziestki. Przyklasnąłem. Tylko teraz powtórz, złotko. No powtórz, no nie stchórz, daj proszę ślicznotko, kwiatuszku, kotku, bubuszkuuuuuu…. Kurwo pierdolona! Nie może dać dwa razy z rzędu!? Następny banknot już leci na wkurwie. I znów szóstka zajebana. Kiedyś, ale to na internetowej, wypadły mi trzy z rzędu, ale się przeląkłem. Zostało czterdzieści funtów. Dobra wychodzę. Wychodzę… albo jeszcze … i znów ten podszept. A za dyszkę. I znów rozmieniam na pół chcąc przynajmniej odwlec nieuniknione. Toć dwa razy dziesięć zawsze da dwadzieścia. Zgrzyt, bet, spin i chuj! Pobladłem. Ojcze wszechmogący, panie wszechrzeczy. Pozwól mi wyjść. Niech duch Twój wyrwie mnie z tej matni. Pomóż Jezu Chryste… i w tym momencie…w kibuc leci kolejny banknocik. *Cortazarek

Czapa prodak gruz i uberna. Gdybym może pomodlił się jednak, a nie wyrzekł szeptem „A chuj tam” zaoszczędziłbym na bilet żeby dostać się do Carmarthen i na piwko w barze co by gdzieś ulewę przetrwać, a tak… Pozostaje stop, pekap na janusza i szumowina w deszczu, na kolanach w błocie. Bez grosza przy dupie, sam, nagi pośród wilków. Więc tak stoję, jak ta pała na szczytach rozpaczy. Ja mój plecak i miot – na dnie.

***

Czyli tak. Wschód zachód północ południe – jeden koń. A mamy piątek. Trzeba zostawić gdzieś bagaż i ruszyć w poszukiwaniu klepowiska. Zadzwonię do Daniela, może mi przekitra. Na nocleg nie mam co liczyć, ale zawsze coś. Przynajmniej dobytku mi nie podpierdolą jak się najebię. Najebię? Ciekawe czym? Flachy z pikaczem nie wyniesiesz. Bromba piwna? Na to się zanosi. Ale najpierw mandżur. Oto Panie co mam i kim jestem. Parą skarpet, t-shirtami sprzed lat, bo odkąd gram nic sobie nie kupiłem, kradzionymi bokserkami i darowanym laptopem – zawirusowanym od startu po reset od porna. Co tam jeszcze? Śpiwór za dwa koła ojca alpinisty, Biblię, Cabrea i Singera, ładowarkę do szrota i dziesięć pak Sulpirydu. Daj Panie żebym więcej nie musiał go użyć. Jak teraz mnie chwyci, to po mnie. Nim proch wyciszy psychozę miną ze dwa tygle, a bezdom na hipochondrycznym tripie… wrogowi bym nie życzył. Z resztą wrogów trzeba kochać. Cóż jeszcze mi zostało prócz grubego brzucha i psychotropów. Zmarnowany rok, piłkarski talent, jak nie całe życie, kompleks, połamane od lat serce, cug do alkoholu i twardego porno, stos pomniejszych uzależnień i szczypta Chrystusa. Tak mnie skrusz, tak mnie złam tak mnie wypal Panie, byś został tylko Ty, byś został tylko Ty. Przecież miałem zarażać radością, światłością, męstwem i pasją, a nie jak Simon Moll – masturbacją. To będzie chrześcijańska książka. Jak nie, to palnę se w łeb i też wydadzą. Ale nie palnę, bo się boję. Śmierci jak ognia i gehenny od budexu. Piętnastolatek dał z wora, bo myślał, że go wystrzeli w kosmos albo choć na finały Bullsów z Jazzmanami, a nie zasadzi w dyni pierdolony bozon Higsa. Jak domino-wyliczanka z finalną implozją wszechrzeczy w punkcie zwanym słuszniej słowo. Gdybyś przywrócił mnie w poczet umierających jak człowiek. Nie totalnie. Ale czy po holokauście można nadal pisać wiersze? Zerwij ze mnie kajdany niebożych przekonań. Zabierz ku nieśmiertelności w nieskończoność, a nie że unicestwiasz we mnie wszechświat. I później mądre głowy, co nie znają Witkacego Zypraxę na schizę ci dadzą. Ni w Boga, ni w niebyt nie wierzą. Połączenia neuronów się panu zjebały – glony faryzejskie. A ja wiem gdzie byłem i co tam robiłem. Contra spem liczę jednak na zbawienie. I wierzę w Twą dłoń z poza uniwersum wiecznego powrotu, gdzie żyję.

Daniel zbunkrował mój Mandżur. Rzucił jeszcze dwa piwerka na odchodne co bym nie usechł. Prócz nich zabrałem ze sobą miot, śpiworek, Biblię i jakieś gacie. Dając wyraz nietuzinkowemu zbydlęceniu rozpastwiłem koczo na polanie nieopodal Tesco. Robiło się ciemno więc szukanie dogodniejszej dziupli mijało się z celem, poza tym to idealna baza wypadowa na dyskonty. Nim przystąpiłem do łajdactwa wyniosłem na chojraka z Azdy czteropak Peroni, kieszonkowo potraktowałem także San Miguele w Tesco. To się porobiło, Boże, co za bagno. Chyba czas ruszyć do nieba. Choćby na przypał.

Share This