Paweł Jakubowski: Z zawodu pisarz, hobbystycznie pracownik korporacji.

Najemnicy II

Tytuł: Najemnicy, część II

Cykl: Najemnicy

Tom: 2

Autor: Paweł Jakubowski

Autor okładki: Witold Jakubowski

Wydawca: Studio Truso

Data wydania: 24 kwietnia 2015

Liczba stron: 626

Oprawa: miękka

ISBN-10: 978-83-63966-20-1

„Widzę bezrękie pomniki strażników i zapomnianych królów. Puste place i brukowane ulice. Kamienne gmachy ziejące czernią okien. Niektóre z nich zawalą się ze starości na twoich oczach. Chociaż ma się tam dopełnić część twojego przeznaczenia, odradzam ci podróż w to miejsce, bo żaden człowiek nie powinien tam przychodzić. Jeśli jednak tam pójdziesz, możesz już nie wrócić. A jeśli wrócisz, wrócisz odmieniony.
Cokolwiek tam spotkasz, będziesz mógł to pokonać, jeśli twój topór to pokona, ale co zrobisz, kiedy spotkasz tych, których żaden topór się nie ima? Na wypadek gdybyś tam poszedł, zapamiętaj: Place to gwiazdy a gwiazdy to place. ”

Recenzje:

 

Polter


Papierowe miasta

Przeczytaj fragment: %22Bestia%22

Bestia nie była wielka, tak jak się spodziewał. Ale to nie rozmiar sprawiał, że przerażała. Było w niej coś odrażająco plugawego. Miała w sobie trochę z kozła. Zakręcone rogi z kolei przypominały bardziej baranie. Zdeformowane dolne odnóża były zakończone kopytami i zginały się odwrotnie niż powinny. Tors miała przygarbiony. Biczowaty ogon strzelał na prawo i lewo. Przez brunatnożółte zmierzwione futro przezierały olbrzymie i obrzydliwe żyły oraz narośla. Łeb był kanciasty z wyłupiastymi oczami, a kiedy bestia rozszerzyła paszczę i wydała z siebie nieprzyjemny dla uszu bekot, ukazał się rozdwojony jak u węża język. To ta mieszanina różnych zwierząt napawała największą odrazą. Potwór był groteską, okrutną kpiną urągającą naturze. Najniebezpieczniejsze wydawały się jego przypominające kosy łapska, każda z jednym wielkim zakrzywionym do wewnątrz pazurem. Dziwne wykręcenie kończyn również sugerowało, że istota była w jakiś sposób ułomna. Suen zaczął recytować zaklęcie. „Te wyłupiaste oczy… – myśli przelatywały mu jak oszalałe. – To może być jego słaby punkt, gdybym mógł ich jakoś dosięgnąć.”

Przeczytaj fragment: %22Torgrad kontra rebelia%22

– Generale Bauerbeck – rzekł członek rady wojennej – niniejszym przekazuję panu główne dowództwo nad siłami zmobilizowanymi do stłumienia rebelii. Do pana pełnej dyspozycji oddaję dziesięć tysięcy żołnierzy piechoty, trzy tysiące łuczników, półtora tysiąca kuszników, trzy i pół tysiąca lekkiej jazdy i dwa tysiące ciężkiej jazdy. Dowodzić będzie pan generał samodzielnie bez niczyjej pomocy. Jeśli uzna pan generał, że potrzebuje doradców, dobierze ich pan sobie osobiście wedle własnego uznania. O zaopatrzenie nie musi się pan martwić. Tabory będą przygotowane. Dodatkowo w odwodzie będzie czekać z dziesięcioma tysiącami żołnierzy marszałek von Effen. Pragnę jednak zaznaczyć, że to pan generał, a nie marszałek von Effen będzie odpowiedzialny za położenie kresu puczowi książąt. Pan marszałek wesprze pana w bitwie tylko na pana wyraźne polecenie. Rada ma wręcz nadzieję, że pan marszałek nie będzie miał zbyt wiele do zrobienia i zajmie się jedynie formalnym dobiciem już pokonanego nieprzyjaciela. Czy ma pan generał jakieś pytania do członków rady?
– Szanowna rado – Bauerbeck właśnie w tej chwili dowiedział się, że został generałem i z trudem hamował cisnący mu się z tego powodu na usta uśmiech – nie mam żadnych pytań. Wkrótce przywódcy puczu zginą w trakcie bitwy lub na szafocie.

* * *
Książęta Onufry, Witalij i Barton siedzieli na koniach w pełnym uzbrojeniu i obserwowali maszerujące nieopodal oddziały. Hełmy i piki maszerujących lśniły w słońcu.
– Wreszcie los się do nas uśmiechnął – zaskrzeczał Onufry swoim charakterystycznym głosem.
– Na to wygląda – przytaknął książę Witalij. – Jeśli nie teraz skopiemy dupy Torgradczykom, to już chyba nigdy.
– Podziwiam optymizm szanownych panów – rzekł Barton. – Mieliśmy dotąd sporo szczęścia, a Torgradczycy są jeszcze bardzo dalecy od klęski.
– Będzie dobrze – odparł Onufry. – Musi być!
Książę Rodryk jednogłośnie wybrany na dowódcę sił zbrojnych rebelii stał kawałek dalej w towarzystwie królewskiego potomka. Rycerz Henderber – przyboczny księcia – przyjmował kolejnych gońców i oznajmiał mocnym donośnym głosem.
– Letoga przysyła posiłki! Pięciuset piechoty i stu pięćdziesięciu konnych! Nankara przysyła posiłki! Dwa tysiące piechoty i pięćset jazdy! Abbara przysyła posiłki! Dziewięćset piechoty i trzysta jazdy! Retugel przysyła posiłki! Sześciuset łuczników! Ochock przysyła posiłki! Stu pięćdziesięciu piechurów i dwudziestu konnych! Olgergród przysyła posiłki! Czterystu pieszych, sto pięćdziesiąt łuczników i sto jazdy! Grobel przysyła posiłki! Trzysta piechoty i dwustu pięćdziesięciu konnych! Książę Welgerd zawiadamia, że jest już w drodze! Prowadzi tysiąc piechoty i trzystu łuczników! Wydawało się, że sznur maszerujących żołnierzy nie ma końca. Po zwycięskiej bitwie ludzie nagle uwierzyli, że Torgradczyków można pokonać. Z dnia na dzień pojawiali się nowi ochotnicy, kolejne miejscowości opowiadały się po stronie rebelii.

* * *
Przyszedł dzień, w którym świeżo zmobilizowana trzydziestotysięczna armia Torgradu stanęła naprzeciw niemal równym liczebnie siłom rebeliantów. Książęta dla formalności wysłali posłańców, jednak generał Bauerbeck odprawił ich z kwitkiem.
– Trochę się zebrało tych rebeliantów, panie generale – rzekł adiutant głównodowodzącego.
– Rzeczywiście, spodziewałem się, że watażkowie z trudem uzbierają może z piętnaście tysięcy chłopa – odpowiedział generał. – Nie ma to żadnego znaczenia. Mój plan bitwy sprawdzi się i w takich warunkach. Przekaż rozkazy dowódcom chorągwi. Nie ma nad czym deliberować. Zaczynamy!
– Tak jest panie generale!

* * *
Von Effen z położonego niedaleko obozu obserwował rozpoczynającą się właśnie bitwę. Od pewnego już czasu na rozdzielającym obie armie pasie ziemi niczyjej trwały drobne potyczki. Obie strony „macały” się wzajemnie, usiłując zdobyć jak najwięcej informacji o liczbie i szyku nieprzyjaciela lub sprowokować go do przypuszczenia ataku jako pierwszy. Zwiadowcy próbowali zbliżać się do wrogich linii, żeby wypatrzeć jakie sztandary powiewają, nad którym skrzydłem wrogiej formacji i ewentualnie znaleźć najsłabszy jej punkt. Z kolei puszczani przed szereg harcownicy starali się odciąć obserwatorom drogę, aby uniemożliwić im przekazanie zdobytych informacji dowództwu. Na tym etapie górę brali raczej rebelianci – zasilający ich oddziały partyzanci, byli doświadczeni w akcjach zaczepnych. Przed całkowitą kompromitacją Torgradczyków ratowały biorące udział w pierwszej fazie bitwy Czerwone Nogi. Nie byli aż tak dobrymi zwiadowcami, ale nadrabiali mobilnością. Dzięki temu wojska generała zdobyły jakie takie rozeznanie o nieprzyjacielu, pomimo że zapłaciły za to wyższą cenę. Teraz jednak zaczęło dziać się coś więcej. Bauerbeck w asyście niewielkiej osłony wypuścił na przód pogrupowanych w kwadraty kuszników. Marszałek zauważył, że zaraz za nimi stanęli w pogotowiu podobnie sformowani łucznicy. I jedni, i drudzy tworzyli szyk w kształcie szachownicy – pomiędzy poszczególnymi oddziałami dowódca pozostawił wolną przestrzeń. Pierwszy miot kusz skosił zarówno porwany brawurą oddziałek konnych rebeliantów jak i uciekających przed jeźdźcami torgradzkich zwiadowców. Kusznicy spokojnie przeładowali, postąpili jeszcze trochę na przód i wystrzelili ponownie – już do właściwych sił buntowników. Książęta w odpowiedzi pchnęli na przód łuczników, ale ich strzały nie doleciały wystarczająco daleko – Bauerbeck bezlitośnie wykorzystywał dystansową przewagę kusz nad łukami. Teraz generał nakazał zamknąć szachownicę i jego łucznicy postąpili do przodu, wypełniając wolne przestrzenie między oddziałami kuszników. Manewr został przeprowadzony bardzo sprawnie i w odpowiednim czasie. Kiedy po trzecim miocie już nieco przetrzebieni, ale wciąż jeszcze liczni książęcy strzelcy dotarli wreszcie na odległość strzału z łuku, spadły na nich wystrzelone zawczasu strzały Torgradczyków. Przez twarz von Effena przebiegł ledwowidoczny grymas niezadowolenia. Wśród rebeliantów zapanował popłoch – stracili już połowę łuczników, a trzon sił nadal znajdował się w zasięgu kusz. Co gorsza Torgradczykom ubyło dosłownie kilkunastu strzelców. Żeby ratować sytuację, Rodryk poderwał swoich do konnej szarży – chciał jak najszybciej związać nieprzyjaciela w bezpośrednim starciu i jednocześnie podnieść spadające morale żołnierzy. Pozostali książęta poszli za jego przykładem. Rozkaz do ataku nadszedł niespodziewanie. Łucznicy nie mieli gdzie uciec i wielu stratowano, a piechota została w tyle za kawalerią, która z miejsca przeszła do galopu, żeby jak najszybciej przestać być celem dla morderczych kusz. Bauerbeck uśmiechnął się – nieprzyjaciele zrobili dokładnie to, co chciał, żeby zrobili. Strzelcy wystrzelili jeszcze raz, po czym spokojnie rozstąpili się na boki, dając przejście środkiem. Generał wydał rozkaz i jego oddziały ruszyły do kontrszarży. Ponieważ kawaleria nie była ostrzeliwana, mogła pozwolić sobie z początku na wolniejsze tempo, dzięki czemu wierzchowce mniej się męczyły, a piechota nie oddaliła się zanadto od jeźdźców. Ci przeszli do galopu dopiero na ostatnim odcinku. Szyk Bauerbecka przypominał pięść, której przód stanowiła konnica, a tył piesi. Szyk książąt przypominał bezładną falę przyboju. Torgradczycy werżnęli się w niego głęboko, a wkrótce całkiem przebili na jego tyły. Był to klasyczny manewr z rowońskiego podręcznika bitewnej strategii. Część rebelianckich oddziałów poszła w rozsypkę, wielu poległo w tym sam książę Barton, który dowodził środkiem formacji. Książę Witalij i jego zbrojni już rejterowali. Ale rebelianci znowu popełnili ten sam błąd, co tym razem paradoksalnie uratowało ich od całkowitej katastrofy – uderzyli wszystkimi siłami na raz, nie zostawiając sobie odwodów. Mieli przez to przewagę liczebną, przynajmniej dopóki na pomoc swoim nie ruszyłby z odwodami marszałek von Effen. Na konnych Baurebecka, którzy wytracili już impet ataku, natarła rebeliancka piechota, która wreszcie dobiegła do epicentrum bitwy. Miało to kluczowe znaczenie – jeszcze chwila i generał rozbiłby zdezorientowaną kawalerię przeciwnika, szarżując na nią od tyłu. Nieatakowany na prawym skrzydle Rodryk – torgradczycy przeszli środkiem – po dobrej chwili zmiarkował, co się dzieje. Zawrócił swoje siły i uderzył na generała od flanki. Puścił też gońców do Onufrego na lewym skrzydle, ten wkrótce za ich radą zaatakował od drugiej flanki. Książę Welgerd, który dopiero niedawno wsparł buntowników, przeprowadził ryzykowny zajazd na torgradzkich kuszników i łuczników. On i jego podkomendni i tak zagalopowali się zbyt blisko – lepiej było iść za ciosem, niż nadstawiać pleców. Stracił połowę ludzi, ale dopadł do ostrzeliwującego się nieprzyjaciela. Zbrojni księcia przebili się przez osłaniających strzelców mieczników i rozpędzili cały oddział. Welgerd wstrzymał się z pogonią za pierzchającymi i rozproszonymi żołnierzami, zamiast tego zaczął z powrotem zbierać rozbite chorągwie. Salwujący się ucieczką Witalij, widząc, że nie wszystko jeszcze stracone, postanowił się zrehabilitować – rozkazał swoim wrócić i wesprzeć walczących.

* * *
– Zaraz nas otoczą – osłaniany przez swój przyboczny oddział ciężkiej jazdy Bauerbeck mówił bez cienia paniki, po prostu stwierdzał fakt. – Wyślij natychmiast gońców. Być może von Effen będzie miał więcej do zrobienia niż myślałem. Buntownicy są zupełnie zaabsorbowani nami. Kiedy na nich uderzy, rozbije ich w drobny mak.
Adiutant wydał odpowiednie polecenia i gońcy wyruszyli w drogę. Tymczasem walka stawała się coraz bardziej zażarta.

* * *
Marszałek zasłonił dłonią usta i ziewnął. Towarzyszący mu generał czy też pułkownik Ostragen – kwestia jego szarży stała pod znakiem zapytania – był o wiele mniej spokojny i z napięciem przyglądał się rozwojowi sytuacji.
– Jest pan niepewny wyniku bitwy, panie generale – zapytał z rozbawieniem głównodowodzący.
– Właściwie, to czym zasłużyłem sobie na zaszczyt towarzyszenia panu, panie marszałku? – odpowiedział pytaniem na pytanie zagadnięty, miał niejasne poczucie jakby von Effen bardziej niepokoił się bitwą na jej początku, kiedy ich wojskom szło bardzo dobrze, niż teraz.
– Jest pan znakomitym dowódcą – odparł naczelnik sił zbrojnych. – W tym co stało się pod Nankarą, Rada Wojenna dopatrzyła się tylko klęski. Ja dostrzegłem dowódcę, który w krytycznej sytuacji zachował zimną krew i podjął właściwą decyzję, ratując tyle, ile dało się uratować. Szkoda, że Łupieżcy zawiedli, ale cóż… bywa. Wkrótce wtajemniczę pana, panie generale w moje plany. Będę się musiał zająć ważnymi sprawami i potrzebuję kogoś, kto mnie zastąpi i zajmie się tą całą śmieszną rebelią. To musi być ktoś, komu będę mógł zaufać, a po śmierci generała Godeberga, tylko pan przyszedł mi do głowy. Zanim jednak wyjaśnię panu, nad czym teraz pracuję, będziemy się musieli pozbyć tych klownów z Rady Wojennej.
Ostragen słuchał w milczeniu, ale na wzmiankę o Radzie Generałów nie mógł nie zareagować.
– Klownów? Pozbyć się? Tak się pan marszałek wyraża o najwyższej instytucji w państwie?
– Ja jestem najwyższą instytucją w państwie – odparł marszałek. – Oni mnie ograniczają. Nie mogę sobie na to dłużej pozwalać. A zresztą, panie generale, tak między nami, czy oni pana zwyczajnie nie wkurwiają?
Generał nie wiedział co na to odpowiedzieć. Nagle nadjechał goniec na spienionym koniu.
– Panie marszałku! – zakrzyknął. – Generał Baurbeck każe… prosi o odwody!
– Przekaż ode mnie panu generałowi – odparł von Effen – że skoro tak bardzo chce się wykazać, to niech pokona buntowników bez odwodów.
– Ależ panie marszałku… – goniec rozszerzył oczy ze zdziwienia.
– Dyskutujesz ze mną, żołnierzu? – spytał głównodowodzący.
– Nie… nie, panie marszałku…
Goniec oddalił się ze zwieszoną głową. Okrążenie zamknęło się i nie było już sensu, żeby wracał.
– Panie marszałku…! – zaprotestował Ostragen. – Jeśli teraz uderzymy na związanych walką buntowników, to nie będą mieli szans! Możemy zwyciężyć bitwę!
– Dowódcą jest pan znakomitym, ale polityk to z pana marny.
– Tam giną nasi ludzie!
– Bardzo mi z tego powodu przykro, ale to cena za głupotę Rady Generałów. Od początku sugerowałem Radzie, żeby zamiast wydawać książętom kolejną bitwę, zaproponowała im Próbę Tronu. Wtedy w ogóle obyłoby się bez rozlewu krwi. Teraz nasi ludzie muszą zginąć, żeby w przyszłości uniknąć podobnych błędów.
– Próba Tronu? – Ostragen zdał sobie sprawę, że marszałek ma rozległy plan przemyślany w najdrobniejszych szczegółach.
– Dokładnie tak. Zresztą, jeśli nasi się poddadzą, nie zginie ich znowu aż tak wielu.

* * *
Z minuty na minutę sytuacja stawała się coraz gorsza, a posiłki nie nadchodziły. Rozbite przez Bauerbecka i rozproszone oddziały rebeliantów przegrupowały się właśnie i wsparły swoich walczących towarzyszy. Wydając energiczne rozkazy, generał odepchnął siły księcia Onufrego, zadając mu znaczne straty i raniąc jego samego. Dokonał też roszady kilku oddziałów, co ustabilizowało sytuację od strony nacierającej piechoty wroga. Ale książę Rodryk wytrzymał kontrnatarcie Torgradczyków i parł na przód. Kilka chorągwi stawiało mu zażarty opór, ale ryzyko załamania się całego szyku było coraz większe. Ponadto już nadciągali książęta Witalij i Welgerd. Tymczasem marszałek i jego dziesięć tysięcy wypoczętych żołnierzy najspokojniej w świecie stało i czekało.
– Czemu ten idiota nie atakuje?! – krzyknął dowódca do swojego adiutanta. – Czy on chce nas wszystkich wygubić?!
I nagle Bauerbeck zrozumiał. Tak właśnie było – von Effen nie pragnął zwyciężyć nad rebeliantami, pragnął jego śmierci, śmierci człowieka, który próbował odebrać mu stanowisko.

Przeczytaj fragment: %22W przytułku%22

Przytułek sprawiał przygnębiające wrażenie. Duży ponury trzypiętrowy gmach z poddaszem straszył oberwanymi okiennicami i obdrapanymi ścianami. W środku duże i przestronne niegdyś sale podzielono sztucznie przepierzeniem, tak aby stworzyć więcej pomieszczeń, które były ciasne i duszne. W wielu miejscach zamiast drzwi wisiały tylko zasłony. Śmierdziało stęchlizną i odchodami. Nie wszyscy mieszkańcy przybytku byli dość samodzielni, kapłanek opiekunek było najwyraźniej za mało. Zewsząd dobiegały smutne i przerażające odgłosy.
– Nie!! Nie!! – krzyczał ktoś na górnym piętrze. – Zabierzcie ich ode mnie!! Czego wy ode mnie jeszcze chcecie?!! Oddałem wam już wszystko!! Oddałem wam już wszystko…
Krzyk przemienił się w szloch.
– Gala, gala ime. Oman asma thathek ostoropyr uglawe. Szabasz! – mamrotała coś w niezrozumiałym języku siedząca na schodach kobieta.
– Matka Calia wita cię w swoim domu – wyrecytowała mechanicznie wychudła młoda kapłanka, wydawała się zupełnie obojętna na zawodzenia swoich podopiecznych. – Co cię tu sprowadza nieznajomy?
– Witaj siostro… – najemnik odchrząknął. – Nazywam się Jova. Szukam niejakiego Oswalda Hargisona. Podobno tutaj przebywał… przebywa.
– Poczekaj – kobieta odwróciła się i odeszła, znikając za jednymi z drzwi.
Po chwili z tego samego pomieszczenia wyłoniła się inna kapłanka. Była dużo starsza i bardziej surowa na twarzy.
– Czego chcesz od Oswalda Hargisona, Jova? – spytała wprost. – To bardzo chory i nieszczęśliwy człowiek.
– Słyszałem siostro…
– Matko – poprawiła, ale bez nagany w głosie.
– Matko – skinął głową. – Nie wiem czy słyszałaś… matko. Jestem jednym z najemników, walczyliśmy z Torgradczykami. Wkrótce wyruszamy do Navarro…
– Tak słyszałam – przerwała, nie było w tym jednak protekcjonalności, a jedynie łagodne ponaglenie, żeby przejść do sedna sprawy.
– Słyszałem, że pan Oswald był w Navarro. Chciałbym go wypytać o to miejsce. Dobrze byłoby wiedzieć, czego powinienem się tam spodziewać.
– Wątpię, żebyś dowiedział się czegokolwiek od Oswalda. Rzadko kiedy odpowiada na zadane mu pytania i nawet wtedy mówi zagadkami lub wyrwanymi z kontekstu zdaniami. Musiałeś jednak zadać sobie wiele trudu, żeby go odnaleźć. Nie wiem, po co idziesz do Navarro i nie chcę tego wiedzieć, ale widzę, że nie jesteś zwykłym żądnym przygód głupcem. Pozwolę ci zobaczyć się z Oswaldem, może widok tego biedaka sprawi, że poniechasz swoich zamiarów. Wpierw jednak mam do ciebie prośbę.
– Słucham siost… matko.
– Chciałabym cię prosić o datek dla moich podopiecznych.
– Oczywiście – Jova sięgnął do sakiewki, zawahał się, po czym wyciągnął dwa srebrne. – Czy tyle wystarczy matko?
– To pytanie do twojego sumienia, nie do mnie – kobieta zabrała monetę. – Powiem ci tylko, że to wystarczy na jeden posiłek dla wszystkich podopiecznych. A teraz proszę za mną. Weszli na pierwsze piętro. Blady mężczyzna opierający się o miotłę sprawiał wrażenie śpiącego na stojąco, kiedy jednak przechodzili koło niego, ożywił się nagle, jego wzrok był rozbiegany, oczy zdawały się patrzeć w różne strony niezależnie od siebie.
– Nie idź tam! – złapał Rowończyka za rękaw i zaśmiał się histerycznie i nienaturalnie głośno. – A zresztą… i tak cię dopadną! Zobaczysz! Wszystkich nas dopadną… jednego po drugim!
– Uspokój się Nersen – rzekła łagodnie siostra i położyła rękę na jego ramieniu. – Nikt nikogo tutaj nie dopadnie. Pamiętasz dlaczego?
– Pamiętam matko! – szaleniec pokiwał gorliwie i wyrzucił z siebie najwyraźniej długo powtarzaną formułkę. – Ponieważ Pani Calia ma nas wszystkich w swojej opiece i nie pozwoli, aby komukolwiek w jej domu stało się coś złego.
– Dokładnie tak. A teraz puść Jovę – kiedy osobnik z miotłą zastosował się do polecenia, kapłanka zwróciła się do Rowończyka. – Przepraszam w imieniu Nersena. Nie miał na myśli nic złego. Najemnik skinął tylko głową.
– Jesteśmy na miejscu – kobieta wskazała jedną z zasłon. – To pokój Oswalda. Postaraj się go nie denerwować. Będę w pobliżu i jeśli usłyszę, że jest zaniepokojony, będę musiała przerwać twoją wizytę.
– Rozumiem.
Bez zbędnych słów matka odeszła w głąb korytarza. Jova ostrożnie odchylił zasłonę. Pomieszczenie było bardziej celą niż pokojem. Niewielkie okno, prycza, szafa, nocny stoliczek i bujany fotel, na którym siedział teraz opatulony w koc Oswald. Mógł mieć czterdzieści kilka lat, był ogolony na łyso i wpatrywał się tępo w bliżej nieokreślony punkt na ścianie. Gdy mężczyzna się bujał, fotel wydawał cichutkie skrzypienie.
– Witaj Oswaldzie, nazywam się Jova… – zaczął nieśmiało rekrut. – Chciałbym z tobą porozmawiać o…
– Pieprzone orki! – mężczyzna zaczął chyba mówić bez związku ze słowami swojego gościa. – Przegoniły nas przez pół Gór Dzikich… Ale daliśmy radę. Daliśmy radę. Chociaż nie wszyscy… Roginsona przywaliła lawina. Cholerne góry! Na chwilę stracisz czujność i już jest po tobie. Lawiny, strome zbocza, przepaście… A mówili, że droga prowadzi aż do końca! Prawda jest taka, że i tak w to nie uwierzyliśmy. I bardzo dobrze, jak się potem okazało. No ale ostatecznie doszliśmy tam… Doszliśmy. Niech mnie wszyscy diabli! Doszliśmy tam!
Oswald uśmiechnął się do swoich myśli, ale naraz spoważniał.
– Ale nie wszyscy… Roginsona przywaliła lawina. Pieprzone, pieprzone Góry Dzikie!
– Gdzie doszliście? – próbował wstrzelić się w rozmowę Jova. – Doszliście do Navarro?
– Różowa chmura… – wyszeptał były poszukiwacz skarbów z przerażeniem na twarzy. – Na wszystkich Innych… Ona… ona… wniknęła! Kazał mi to zrobić! Głos kazał mi to zrobić! Nie chciałem tego, ale nie mogłem mu się sprzeciwić… Próbowałem. Pan Wiatru świadkiem, że próbowałem… Jova przestraszył się, że mężczyzna zacznie krzyczeć i zaniepokoi matkę przełożoną, ale on już po chwili sam się uspokoił.
– Grunt to mieć do czego wrócić – stwierdził. – To jest najważniejsze. Ja miałem do czego wrócić. I wróciłem.
Wydobył spod koca zawieszony na szyi medalik. Otworzył go – w środku był jakiś malunek. Jova spojrzał mu przez ramię i dostrzegł precyzyjnie namalowaną twarz kobiety.
– Jeśli masz do czego wracać, to wrócisz – mamrotał dalej Hargison. – No i musisz być silny, i zdeterminowany. Jeśli jesteś dość zdeterminowany to wyrzucisz z siebie nawet różową chmurę… Na Pana Wiatru… Zabiłem ich…
Mówiącemu zaszkliły się oczy
– Zabiłem ich… jednego po drugim… Moich własnych towarzyszy… Oni… oni próbowali mnie ratować, a ja ich zamordowałem…
– Dlaczego próbowali cię ratować? – spytał Jova. – Co ci groziło?
– Różowa chmura… – Oswald powiedział to w ten sposób, że Rowończyk nie wiedział, czy była to odpowiedź na jego pytanie. – Demest wpadł w pułapkę… Płaskorzeźba zionęła ogniem. Biedak spopielił się, nim ktokolwiek policzyłby do trzech. Przeoczyliśmy płaskorzeźbę… To nie nieumarli, Zuguny czy pająki są najgorsze. Najgorsze są upiory i głosy…
Mężczyzna przeszedł do szeptu.
– Głosy każą robić różne rzeczy… Okropne rzeczy. A ty musisz ich słuchać… Robisz wszystko, żeby ich nie słyszeć, ale one są w twojej głowie i nie chcą wyjść. Każą robić okropne rzeczy…
Po policzku opowiadającego spłynęła łza.
– Co to za głosy? – próbował drążyć Jova.
– Różowa chmura jest z nich wszystkich najgorsza…
– Co to za chmura? Skąd się bierze?
– Strażnik pilnuje pomieszczenia z kamieniem. Jeśli chcesz zabić strażnika, musisz najpierw znaleźć jego serce.
– Opowiedz o chmurze.
– Niszcząc serce, unicestwiasz strażnika, ale ona nie ma serca… To tylko obłoczek, który przenika do twojego ciała. Do twojej duszy…
– Jak… jak można pokonać różową chmurę?
– Każe robić okropne rzeczy!! – chory głośno krzyknął i Jova przestraszył się, że zaraz przyjdzie kapłanka, na razie jednak tak się nie stało. – Zabiłem ich… ale jeśli masz do czego wracać, to wrócisz. Jeśli będziesz zdeterminowany, to wrócisz… Molgard nie miał do czego wracać… Kazały mu zostać… i został. Pewnie teraz jest jednym z nich… Jova westchnął ciężko. „Na wszystkich Innych! W co ja się wpakowałem… Nawet nie wiem, czy na swój pokrętny sposób odpowiada na moje pytania, czy mówi zupełnie bez związku. Pytać go dalej, nie pytać?” Na wszelki wypadek najemnik postanowił sobie, że postara się zapamiętać kilka wątków powtarzających się w opowieści poszukiwacza przygód.
– Pieprzone orki! – on tymczasem wrócił do początku. – Przegoniły nas przez pół Gór Dzikich, ale udało nam się. Dotarliśmy tam. Niech mnie wszyscy diabli, dotarliśmy. Nie wszyscy… Roginsona przywaliła lawina. Szkoda. Dobry był z niego druh. Najlepszy. Grunt to mieć do czego wracać. Ja miałem do czego wrócić i wróciłem… Panie Wiatru wybacz mi, że ich zabiłem… Próbowałem… próbowałem się przeciwstawić, ale nie chciał wyjść z mojej głowy… Kazał mi robić okropne rzeczy…
Mężczyzna schował twarz w dłoniach i zaszlochał. Jova czuł się zupełnie bezsilny. Naraz awanturnik uspokoił się i otarł łzy. Jeszcze raz spojrzał na medalik.
– Grunt to mieć do czego wracać. Jeśli masz do czego wrócić, to wrócisz. Ja wróciłem – uśmiechnął się nawet przy tym stwierdzeniu. – Powinniśmy byli sprawdzić tę płaskorzeźbę… Z Demesta została tylko garść gorącego żużlu… Cholerne Góry Dzikie… Jova wyszedł na korytarz. Nie widział sensu dalszego wysłuchiwania mężczyzny. Intrygowało go wprawdzie, kim jest namalowana w medaliku kobieta, ale miał już dosyć. Nie czekając na matkę przełożoną, skierował się do wyjścia. Mężczyzna z miotłą wypadł zza jednej z zasłon.
– Ty naprawdę chcesz tam iść! – rozdziawił gębę w głupim uśmiechu i znów schwycił Rowończyka za rękaw. – A niech mnie! Oni już tam na ciebie czekają! A mówią, że to ja jestem wariatem! Dopadną cię! Dopadną! Zaskoczony i wystraszony Jova odepchnął natręta z całej siły. Chory wywrócił się razem z miotłą, robiąc przy tym wiele hałasu.
– Co tam się dzieje?! – zawołała któraś z sióstr. Jova czym prędzej zbiegł na dół po schodach.
– Pani Calia ma nas wszystkich w swojej opiece i nie pozwoli, aby komukolwiek w jej domu stało się coś złego!! – chudzielec usiłował śpiewać, ale bardziej przypominało to jakieś upiorne wycie. – Pani Calia ma nas wszystkich w swojej opiece i nie pozwoli, aby komukolwiek w jej domu stało się coś złego!!

Share This