Imprezy, na które wyjeżdżam sprzedawać książki można podzielić na dwie kategorie – te ściśle związane z fantastyką pokroju Pyrkonu i ogólnoksiążkowe – np. Krakowskie Targi Książki. Sprzedaż na jednych i drugich jest podobna, chociaż to właśnie w Krakowie padł mój sprzedażowy rekord – 84 sprzedane książki. Jednak koszty najmu stoisk na eventach pokroju targów są znacznie wyższe. Dlatego do tej pory zawsze łączyłem siły z innymi podobnymi do mnie autorami i wynajmowaliśmy stoisko wspólnie.

Tym razem postanowiłem pojechać sam. Po pierwsze nie znalazłem nikogo chętnego na wyjazd akurat do Gdyni. Po drugie uznałem, że wprawdzie nie podzielę z nikim kosztów, ale również i zysków – całe zainteresowanie i sprzedaż skupią się na mnie. Po trzecie, nawet jeśli wyszedłbym na lekki minus, niewątpliwym zyskiem i tak będzie sprzedanie znaczącej liczby egzemplarzy, co i tak przybliżyłoby mnie do mojego planu wyjścia na plus na obu częściach Najemników do końca 2016 roku. Rozważywszy wszystkie za i przeciw, postanowiłem rzucić się na głęboką wodę…

Jak mi poszło? Sprzedałem 4 egzemplarze Najemników i 3 egzemplarze Kopuły (z czego po jednym egzemplarzu osobie z Blablacar a więc nie na samym Plenerze), podliczając wszystkie koszty jestem około tysiąca stu złotych do tyłu… Klęska jest potrójna – straciłem pieniądze, czas i zdrowie (siedząc na stoisku spiekłem się na słońcu co skończyło jednodniowym zwolnieniem lekarskim). Najmniejsza strata dotyczy czasu, ponieważ mile spędziłem go ze znajomą, u której nocowałem – poznałem ciekawe osoby i napiłem się dobrego piwa w Gdańsku. Nie zrekompensowało mi to jednak strat finansowych.

Co się stało? Trudno mi jednoznacznie odpowiedzieć. Ludzi było sporo, ale nieliczny odsetek z nich przystawał przy stoisku (w przeciwieństwie do znakomitej większości wcześniejszych moich wyjazdów.) Nie pomagały nawet momenty maksymalnej aktywizacji, podczas których zagadywałem przechodzących, jak tylko umiałem. Dawało to znikome rezultaty i motywacja szybko mnie opuszczała. Inna sprawa, że w pakiecie który wybrałem, pomimo zacnej ceny, organizator zapewniał tylko przestrzeń na stoisko – całe wyposażenie należało zorganizować we własnym zakresie. Stolik, który udało mi się pożyczyć, był malutki i nie prezentował się zbyt okazale przy profesjonalnych stoiskach wydawnictw. A jednak na innych imprezach taka minimalistyczna prowizorka w zupełności by wystarczyła – jestem o tym przekonany. Zaważyła chyba specyfika Nadmorskiego Pleneru – obiecujące tłumy plażowiczów w praktyce wykazywały umiarkowane zainteresowani stoiskami, celem ewentualnych kupujących były głównie książki z bajkami dla swoich pociech.

Podsumowując, wyprawa mocno cofnęła mnie w planach, co boli. Trudno będzie osiągnąć założony cel – wyjście na plus na obu częściach Najemników do końca 2016 roku. Niemniej jest to jeden z niewielu wyjazdów, a wiecie, że realizuję ich dosyć sporo, który nie wypalił. Plany się nie zmieniają – oddala się tylko nieco ich realizacja. Dlatego nie rezygnuję, tylko obmyślam kolejne ruchy – Polcon we Wrocławiu będzie najbliższym z nich. I już nie mogę się doczekać, bo po Gdyni potrzebuję solidnego zastrzyku pozytywnej energii. Trzymajcie kciuki.

Share This