Niniejszy tekst jest w równym stopniu dla Was – moich Czytelników – co i dla mnie. Pisząc lub rozmawiając z kimś, zmuszamy się do nadania kształtu mglistym pomysłom i spostrzeżeniom. Do ujarzmienia kłębiących się myśli. To pomaga trochę poukładać sobie wszystko w głowie. I dzisiaj chciałbym sobie właśnie trochę poukładać – z Waszą pomocą J

                Co się stało? W zeszłym roku wybrałem się z książkami do Łodzi na Międzynarodowy Festiwal Komiksów. Kolejny wyjazd, żeby się rozpromować i sprzedać trochę swoich tekstów. Podróż się przedłużyła i w piątek nie zdążyłem rozłożyć stoiska. W hostelu spało mi się źle. I kiedy w sobotę wreszcie stanąłem za ławką z książkami, poczułem, że nie mam ochoty tu być. Nie mam ochoty sterczeć dziesięciu godzin i zachęcać ludzi do zakupu swoich tekstów – mówiąc wciąż te same formułki. Pomyślałem, że mógłbym być teraz w domu i po prostu odpoczywać… To była trudna decyzja, ale po dwóch godzinach, nie bacząc na poniesione koszta i zdziwienie sąsiadujących ze mną sprzedawców, zwinąłem manatki i pojechałem z powrotem do Szczecina.

                Emocje powiedziały „nie”. Potrzebowałem odpoczynku, ale i „porozmawiania” z samym sobą. Trudno było mi to przyznać, ale w końcu musiałem to zrobić – narzuciłem sobie za dużą presję. Chodziło głównie o finansowy aspekt mojej działalności. Za bardzo cisnąłem, żeby „wyjść na zero”. Po tym wyznaniu przyszła druga zaskakująca refleksja – od jakiegoś czasu byłem nieefektywny. Bo czy poświecenie weekendu, żeby sprzedać kilka kolejnych książek i niech będzie, że wyjść nawet sto czy dwieście złotych do przodu (bo tak ostatnio kształtowały się bilanse moich wyjazdów) w szerszej perspektywie rzeczywiście zbliża mnie do celu?

                Owszem, był taki rok, w którym sprzedałem masę książek. Pchnęło mnie to mocno do przodu. Finansowo, ale poznałem też wiele osób, zbudowałem może nieduże, ale za to całkiem aktywne grono Czytelników. Jednak ta formuła chyba się już wyczerpała.  A argumenty, że dzięki książkowym wyjazdom sporo zwiedziłem i dobrze się bawiłem, stały się zwykłym racjonalizowaniem sobie słuszności obranej strategii. Zwiedzanie nie jest moim celem, dobra zabawa i owszem, ale pytanie czy nadal bawię się tak dobrze jak kiedyś?

                Dlatego musiałem ograniczyć swoją książkową działalność do minimum i dać sobie czas. Odłożyłem  zbiórkę na Ducha Miasta (chociaż nie samego Ducha). Przestałem publikować cokolwiek na fanpage’u. A jednak co jakiś czas pojawiała się myśl, że przecież nie chcę przestać pisać. Nie chcę przestać robić tego, co robię.

                Teraz powoli przegrupowuję siły i wracam do działania. Doszedłem do wniosku, że mój kryzys absolutnie nie dotyczył samego pisania. Dotyczył finansowego i promocyjnego aspektu mojej twórczości. Nadal muszę sporo przemyśleć. Chcę promować swoje teksty. Dlatego bo są dobre. Wybaczcie brak skromności, ale sami jesteście temu winni 😉  A właściwie nie Wy, a Wasze opinie o moich książkach. Wyjazdy, które mnie tak zmęczyły, dały mi jednocześnie olbrzymią informację zwrotną. Cieszę się, że Ty, Najemnicy, Kopuła a nawet Gwiazda nie poszły do szuflady a trafiły w Wasze ręce. Niektóre z tych tytułów mają masę niedoróbek, których się wstydzę. Ale przynajmniej się o nich dowiedziałem i mogę próbować je poprawić – bo książki trafiły do Was, a Wy wyłapaliście to, co mi umknęło. A najważniejszy komunikat od większości z Was jest taki, że na przestrzeni czasu mój warsztat literacki jest coraz lepszy. Chyba nie może być lepszej wiadomości dla pisarza!

                Pamiętam, kiedy po wydaniu Ty poszedłem do pewnej pani profesor z mojego kierunku (Filologia Polska) podpytać się o możliwości promocji – chodziło głównie o druk fragmentu w wydawanym przez uniwersytet czasopiśmie literackim. Pani profesor powiedziała mi, że jak większość młodych ludzi za dużo myślę o promocji. „Jest tylko pan i tekst na bezludnej wyspie” – brzmiała rada. Wiecie co teraz o tym myślę? Bezludna wyspa niczego nie podpowie – zrobi to Czytelnik. To Czytelnik i jego reakcja jest największym sprawdzianem dla tekstu i jego autora. A Ty, chociaż z wieloma niedociągnięciami (np. w interpunkcji) do tej pory jest źródłem pozytywnych opinii. Cieszę się, że ta książka nie powędrowała do szuflady (na „bezludną wyspę”).   

                Finansowy aspekt mojej twórczości pozostaje dla mnie ważny – nie byłbym sobą, gdyby nie było inaczej. Jednak muszę bardziej słuchać siebie. I poszukać nowych sposobów, zamiast fiksować się ciągle na wyjazdach, które przestały być efektywne. Jakie to będą sposoby? Mam kilka luźnych pomysłów, ale koncepcja dopiero kiełkuje. A może Wy mi coś podpowiecie?

                Myślę, aby spróbować wysłać jakiś tekst do tradycyjnego wydawnictwa. Może konkurs Fabryki Słów na dobry początek? Chciałbym też wziąć udział w Plenerze literackim w Szczecinie – impreza książkowa, na której stoisko jest bezpłatne no i nie muszę nigdzie wyjeżdżać. Dobra okazja, żeby zobaczyć, jak będę się czuł po przerwie i czy stoisko przyniesie mi wymierne korzyści – jeśli tak być może całkowicie nie wyeliminuję wyjazdów na konwenty. Z pewnością je jednak ograniczę.

                Finanse, powinny się nieco podreperować dzięki zleceniom, jakie otrzymałem od pewnej firmy hostingowej. Będę pisał m.in. artykuły na firmowego bloga. Zapewne wkrótce umieszczę więcej informacji w tym temacie – bo i czemu nie. Całość uzyskanych w ten sposób środków zamierzam przeznaczyć na rozwój swojej pisarskiej działalności – w końcu dzięki pisaniu te zlecenia podłapałem.

                Cały czas działam też w Teatrze Nie Ma. To jednak temat na oddzielny wpis. Teraz napiszę tylko, że 18.05.19 zagramy znowu Kopułę.

                Równolegle trwa proces wydawniczy Ducha Miasta – choć zarzuciłem na razie zbiórkę na wspieram.to, nie porzuciłem samej książki. Inna sprawa, że na obecnym etapie większość zadań realizują już osoby trzecie (korekta, obróbka zdjęć.) Nie wiem jeszcze, czy Duch ukaże się w pięciu czy dwustu egzemplarzach i jak go będę promował, ale to koncepcja, która dojrzewała dobrych kilka lat i jestem zdeterminowany doprowadzić ją do końca.Będę informował Was na bieżąco.

                Najlepszą wiadomość zostawiłem jednak na koniec. Dosłownie kilka dni temu zabrałem się za pisanie nowej książki. I już widzę, że mój umysł jest rozpalony do czerwoności a palce swędzą, żeby stukać na klawiaturze. Nie wymyśliłem jeszcze tytułu, ale pewnie wielu z Was ucieszy fakt, że będzie to fantasy w świecie Aphalona. Nie jest to bezpośrednia kontynuacja losów Jovy, Erla i Dhoona, ale kto wie – może na stronach nowej powieści zagości jakiś bohater z Najemników…

                A teraz wybaczcie, uciekam. Chcę jeszcze dzisiaj napisać choć stronę nowego fantaziaka 😉

Share This