Na fali wznoszącej.

Za mną Plener czytelniczy w Szczecinie i Festiwal na ulicy Magicznej w Stargardzie. Przede mną Wrocławskie Dni Fantastyki i połowa roku 2018. Kluczowego roku dla finansowego aspektu mojej twórczości. Część z Was zapewne pamięta, że wyznaczyłem sobie cel, iż wraz z nastaniem 2019 r. będę “na plus” lub przynajmniej “na zero” w bilansie wydatków i zysków dotyczącym wszystkich moich książek. Jak mi idzie? Spójrzmy.

4009 zł na minusie (zaczynałem od -6 389)i czasowy półmetek – to jest stan obecny. Liczbowo nie wygląda to dobrze. Jeśli w drugiej połowie roku odzyskam tyle samo, co w pierwszej, to będę wciąż ok. 2,5 tysiąca złotychdo tyłu. Ta druga połowa roku zapowiada się jednak bardziej intensywnie. Czekają mnie dwa duże konwenty – Copernicon w Toruniu i Lubelski Falkon. Zwłaszcza ten drugi będzie dużym przedsięwzięciem (nie tylko logistycznym), przedsięwzięciem obarczonym sporym ryzykiem, ale w razie powodzenia, do zyskania jest bardzo wiele. Pamiętam jakna jednym z Falkonów sprzedałem 54 książki!

Konwenty mają istotny udział w realizacji mojego planu, ale coraz wyraźniej widzę, że prawdziwym odważnikiem na szali sukcesu będzie Duch Miasta i zbiórka na jego wydanie przez wspieram.to. Powodzenie (lub brak powodzenia) Ducha będzie miało decydujące znaczenie dla moich finansów. Promocja i wydanie tej książki wiążą się z kosztami (i to wcale niemałymi), które cofną mnie względem postawionego sobie finansowego celu. Jednak Wasze zainteresowanie skłania mnie ku decyzji, że warto postawić na tego konia. Przy Duchu Miasta chcę powalczyć o nowych Czytelników i znacznie większą kwotę niż w przypadku zbiórek na Gwiazdę, Korpokombat! czy nawet Najemników II. Zbiórka może nie wypalić, ale jej sukces może też przerosnąć moje oczekiwania. To duża niewiadoma. Teraz najważniejsze abym zadbał o te aspekty związane z wydaniem i promocją książki, na które mam realny wpływ, abym dobrze się przygotował i rozplanował swoje działania.

Jestem obecnie dopiero w fazie planowania całej akcji, a nawet wcześniej – w fazie zbierania pomysłów. Tych, jak wiecie,mi nie brakuje – od tej strony jestem spokojny. Z czystym sumieniem mogę zapowiedzieć – o Duchu będzie na Mieście głośno!

Tyle o strategii, pora na operacyjne podsumowanie Pleneru czytelniczego w Szczecinie: Poznaj książkę na nowo i Festiwalu na ulicy Magicznej.

Finansowo było umiarkowanie (ale i bez tragedii) – moje wpływy z obu imprez to 390zł z zakładanych 400-tu. Przy czym, wyliczając, zastosowałem odrobinę “kreatywnej księgowości” (świadomie) – np. jako sprzedaż uznałemwymianę książkami z innym autorem. Pojawiło się też kilka ciekawych okazji. Spotkałem swojego wykładowcę ze studiów, w rozmowie z którym padła propozycja zorganizowania ze mną spotkania ze studentami w ramach kierunku Studiów Pisarskich na US. Kolejne spotkania zaproponowały Książnica Stargardzka, biblioteka na Niemierzynie i Stara Rzeźnia. Prawdopodobnie nie wszystkie spotkania wypalą, ale jedno lub dwa – raczej tak. Doraźne korzyści sprzedażowe są bardzo ważne, ale liczą się także kontakty na przyszłość. Pod tym względem Plener Czytelniczy bardzo pozytywnie mnie zaskoczył.

Obie imprezy – w Stargardzie i Szczecinie – miały dla mnie jeszcze jeden pozytywny wymiar, który jest nie do przecenienia. Emocjonalny. Spróbuję zobrazować, co mam na myśli.

Teoretycznie miałem plan na cały weekend. W praktyce wyglądało to tak: Za zgodą przełożonej urwałem się w piątek wcześniej z pracy, żeby postać chociaż dwie godziny na stoisku z książkami. Rozstawiłem się, jedna książka poszła – było warto. Ze stoiska pojechałem pomóc przyjaciółce i jej chłopakowi w przeprowadzce, po której miałem udać się na Wyspę Grodzką, gdzie odbywała się nieoficjalna firmowa impreza integracyjna. Otrzymałem telefon od kolegi z pracy z pytaniem, czy dam radę przywieźć na imprezę jego gitarę. Podjąłem się. Koleżanka poprosiła, żebym przy okazji kupił i przywiózł jej frytki. Dotarłem na miejsce, zaparkowałem samochód, przekazałem gitarę i frytki. Impreza była fantastyczna. Nad plażą uniósł się niesamowity duch, poczułem ogromne przywiązanie do współpracowników i że pracuję w fajnym miejscu. Mniej więcej o trzeciej w nocy przypomniałem sobie, że najpóźniej o pierwszej miałem wracać do domu, żeby się wyspać przed kluczowym dniem sprzedażowym – sobotą. Poszedłem spać o piątej, na stoisko dotarłem (autobusem) dwie godziny później niż planowałem. Odwiedziło mnie sporo znajomych, była sprzedaż – fajnie. Ze stoiska udałem się do Filharmonii na uroczystą galę wręczenia nagrody Gryfia. Reczital aktorki Teatru Polskiego, odczyt fragmentów książek, zacna wyżerka. Z Filharmonii był rzut beretem do pubu Exp, w którym siedzieli moi przyjaciele (ci sami, którym pomagałem w przeprowadzce). Ze świata wysokiej kultury przeniosłem się w sam środek apokalipsy, ponieważ w Expie odbywało się właśnie spotkanie ludzi z Oldtown. Wielu z nich było przebranych w klimacie, na telebimie leciały filmy z LARP-ów. I niech mi ktoś powie, że w Szczecinie nic się nie dzieje… Cóż, będąc niewyspanym długo nie posiedziałem. Udałem się po samochód i wróciłem do domu. Rano na stoisko do Stargardu. Gdzieś w międzyczasie udało mi się załatwić, żeby w Szczecinie stanęły za mnie koleżanki (Beata, Marta jeszcze raz dzięki!) W Stargardzie spadła ulewa – dzięki przewidywalności Pań z Książnicy Stargardzkiej udało mi się uratować książki. Później niewiele się działo, więc wróciłem na Plener spakować stoisko. Znajome sprzedały mi książkę. Na koniec udałem się na imprezę pożegnalną przyjaciół, którzy wybierali się na dłuższy czas do Azji.

I wiecie co? Chociaż przez ten weekend czułem się jak telefon z rozładowaną do 5% baterią, z rzadka tylko podłączany na chwilę do przypadkowego gniazdka, to poczułem, że żyję! Że po słabszym okresie, wracam do gry z nową energią do działania. Że jestem na fali wznoszącej 🙂

Share This