Kara dla Dziedzica Cymbała

Z kronik Józefa z Józefowa cz. I:

 

            Działo się to pewnego parnego czerwcowego dnia w roku pańskim 1989. Nie byłem naocznym światkiem tych strasznych wydarzeń, ale jako członek Zaprzysiężenia Aury rozmawiałem z Olafem Wierzbowskim – człowiekiem, który stanął oko w oko z demonem i stoczył z nim śmiertelną walkę… Jedynym człowiekiem, który uszedł z tej walki z życiem. Jak się potem okazało nie na długo… Ale nie uprzedzajmy faktów.

            Niewielu wie, że na ziemiach Województwa Lubuskiego przebudziła się okropna istota. A może przebudziła się gdzie indziej i przywędrowała tu z inszych stron? Tego ja nie wiem. Nasi bracia i siostry z Zaprzysiężenia, pomimo badań, nie odkryli prawdziwego pochodzenia potwora ani źródła, z którego był się on zrodził. Bestia długo ukrywała się w lasach, nie ujawniając swojej obecności i knując coś, dlatego przez długi, długi czas nie wiedzieliśmy o jej istnieniu, a dowiedzieliśmy się, kiedy o mały włos nie było już za późno.

            Wszystko zaczęło się, kiedy w okolicznych lasach ktoś zaczął wbijać w drzewa pordzewiałe dziewięciocalowe gwoździe. A zdawało się, że robi to z samej tylko złośliwości, bo po cóż innego takie praktyki miałby służyć. Koło poranionych drzew widniały często na zrytej ściółce dziwne ślady. Jakby kopyta, ale nienależące do żadnego ze znanych w tych stronach gatunków. Leśnicy i grzybiarze natrafiali na dziwaczne i napawające grozą symbole sporządzone z wnętrzności pomordowanych leśnych zwierząt.  W niektórych wioskach ludzie zarzekali się, że słyszą nocą przedziwne wycia i warczenia, ale to takie, od których skóra się gęsi i włos na głowie się jeży. Kilkudziesięciu rolników narzekało, że jakiś zwierz złośliwy poukręcał łby wszystkim kurom, jakie posiadali, a nie zjadł ani jednaj tylko smętne zwłoki jakby na przestrach zostawił. Zdarzało się, że padło i na świnie, a nawet na krowy, tedy ludzie bać się poczęli, bo co ma taką siłę, żeby krówsku kark ukręcić? A jak krowie ukręcił to i co go powstrzyma, żeby człowiekowi nie ukręcił? Był jeden taki co jak nocą hałas przerażający usłyszał, to się nie przeląkł. Wziął psa wielkiego a zajadłego, co się go cała wieś bała, wziął widły i nóż myśliwski wziął. Żona jego powiadała, że trzy godziny mąż nie wracał, a hałas nie cichł i nie cichł. Wreszcie, kiedy kobieta postradania zmysłów była już bliska, wrócił jej mężczyzna bez psa z widłami ułamanymi i cały siwy. A był to ciemny brunet o dużej urodzie, ale przed wyjściem, bo po powrocie, jakby się dwadzieścia lat postarzał i już słowem się do nikogo po tym wydarzeniu nie odezwał. Umarł w rok potem. Wreszcie, dowodów nigdy na to nie było, ale zaczęli znikać ludzie. Bestia była jednak przebiegła, bo porywała tylko bezdomnych lub takich, po których zniknięciu mało kto by się martwił.

             Przypadkami tymi zajęli się moi bracia i siostry, przetoż w tym właśnie celu zostało powołane Zaprzysiężenie. Nie od razu odkryto sprawcę tych bezeceństw. W końcu się to jednak udało. Ponieważ sprawy przybrały bardzo zły obrót, istota wydawała się dysponować wielką potęgą i już jeden z braci przypłacił życiem odkrycie jej leża, zebrali się przeto najpotężniejsi z członków Aury: Adam Siedmioróg – mistrz Sztuk Tajemnych wraz ze swoim uczniem; Grzegorz Brzoza – filozof i alchemik, również ze swym uczniem; Ambroży Wiciński – okaleczony weteran wojen bałkańskich, zwerbowany swego czasu przez Aurę; Katarzyna Obraniec – medium, jedna z założycielek Sprzysiężenia; ks. Zbigniew Omnuszyński – egzorcysta; Olaf Wierzbowski – nasz ówczesny przywódca. Był też wreszcie niezrzeszony przyjaciel Olafa, ściągnięty na jego prośbę z Węgier doktor nauk medycznych Jacek Brawicki. Razem dziewięć osób. Dziesiątą osobą był nasz Łowczy, który jednak tylko przywiódł pozostałych w pobliże domeny potwora, samemu w walce nie biorąc udziału.

            Już w pobliżu plugawego leża nalazło się robactwa, czarnego złowrogiego ptactwa, żmij o czerwonych złośliwych oczach, zębatych psupodobnych drapieżników (nie obrażając tutaj psów, boć to zacne zwierzęta). Nie śmiały one jednak atakować członków Aury, gdyż biła od nich siła i determinacja spełnienia powziętego zamiaru. Jednakowoż wkrótce pojawił się większy i bardziej zuchwalszy maszkaron, który próbował nastawać na życie i zdrowie członków wyprawy. Ambroży podobno wpakował obrzydlistwu trzy rewolwerowe kule prosto w nieforemny łeb, ale na nic się to zdało. Kiedy jednak ksiądz Zbigniew przyłożył do ciała brzydala krucyfiks i poprawił to jeszcze wodą święconą, tego piekielnemu pomiotowi było już za wiele i zdechł w okropnych męczarniach. Było to coś tak szkaradnego, że uczniowi Adama Siedmioroga zdawało się przez chwilę, że był to ich główny przeciwnik. Nic bardziej mylnego! Im dalej się zagłębiali w przeklętą część lasu śmiałkowie, tym więcej plugastwa na nich nastawało. Były tam czarną magią przywrócone do plugawego życia po życiu drapieżniki leśne; wyjące byty cieniste a niematerialne; kościotrupy chodzące aczkolwiek tych nie była wielka siła, boć demon chcąc pozostać w ukryciu, nie mógł porwać wielu ludzi, na których produkcję szkieletorów uskutecznić mógłby; polepione z różnych fragmentów ni to sarny, ni to dziki, ni to lisy…; paskudy nie do opisania podobne tej pierwszej, co chyba z samego piekła przywołane zostały; wreszcie wężowe kobiety, co łono i nogi pod wężowymi łuskami skrywały. Jedna taka zwiodła, mimo przestróg, na pokuszenie młodego ucznia Grzegorza Brzozy. Kiedy tylko lekkomyślny młodzian opuścił krąg światła z latarń pochodzący, w dwa mrugnięcia oka już wyzionął ducha. Na jedne straszydła broń palna działała, innych imało się tylko żelazo – Ambroży, Olaf i doktor musieli robić nożami. Inne raniło tylko dotknięcie krucyfiksu i woda święcona księdza Omnuszyńskiego. W pewnym momencie demonicznej hałastry namnożyło się tyle, iż zdało się, że śmiałkowie ulegną. Wtedy Adam Siedmioróg pokazał swój talent. Uniósł ręce do góry, ustąpiły nagromadzone tu sztucznie czarne chmury, a rozstąpiły się korony drzew. Światło słoneczne zwaliło się na pomiot z całą swą siłą i te, które nie uciekły dość szybko sczezły i istnieć przestały.

            Wtedy ujrzeli bohaterowie szczątki jakiejś budowli. Była to może kiedyś świątynia jakichś barbarzyńskich bożków lub może katakumby, lochy lub jeszcze co inszego. Czort jeden wie! Wtem z ziemi wyrósł błyskawicznie jakowyś bolec i przebił na wylot Katarzynę – założycielkę naszego Sprzysiężenia… Krew trysnęła z ust na jej blade lico. Ciężka to była strata dla brat i sióstr z Aury… Nie jedyna tego dnia…

            Pojawił się morderca uśmiechnięty i pyszny, jakby niepomny tego, że spopieliły się w świetle dziennym jego niecne sługi. Opisać demona nie potrafię – zbyt mgliste były słowa majaczącego już podczas mojej z nim rozmowy Olafa Wierzbowskiego… Dość, że znowu zapanowała ciemność. Bestia poczęła miotać kule ognia piekielnego. Płomień rozpierzchł się po lesie dookoła. Rozpętała się szatańska burza. Gromy biły po drzewach, ziemia się trzęsła, co i raz wyrastały z niej zdradliwe i zabójcze bolce… Ambroży Wiciński i Doktor Brawicki zostali przebici jak kukły na wylot. Ten pierwszy, konając, wypalił jeszcze ze swej broni i nie chybił! Istota rażona prosto w zdeformowaną facjatę roześmiała się tylko złośliwie. Nic sobie nie robiła z ludzkiego oręża. Bój podjął ksiądz Zbigniew. Ale w całej swej, niemałej przecież, karierze egzorcysty nie spotkał bardziej potężnego przeciwnika… Nie przewidzieli mentorzy z Watykanu i księgi tajemne a święte tak skondensowanej złośliwości. Aby przez chwilę wzdrygnął się na widok znaku świętego potwór. Zaraz jednak podwoił swe wysiłki. Woda święcona wyparowała, nim doleciała do bestii – taka biła z niej gorączka. Ksiądz stał się żywą pochodnią, próbując dotknąć plugawego ciała krucyfiksem. Rozległ się jego przeraźliwy krzyk, pomimo to, płonąc, kroczył dalej ku diabelskiej istocie. Przez chwilę zdawało się, że zdoła musnąć krucyfiksem przeciwnika, ale nogi zapadły się pod nim, upadł twarz, a demon zachichotał.

            Przez chwilę bronił pozostałych przy życiu mistrz Nauk Tajemnych Adam Siedmioróg, sobie znanymi tylko sposobami, podczas gdy jego uczeń kreślił na ziemi podług wskazówek mistrza symbol sekretny. Chłopiec dzielnie się sprawiał, bo pomimo panującego pandemonium czynił, co mu mistrz przykazał, nie bacząc przy tym, że jego żywot wisiał, aby na włosku…

            Nagle wbił sztylet zdradziecko od tyłu Adamowi Grzegorz Brzoza… Musiała judzić go wcześniej podstępna istota obietnicą mocy i poznania sekretów, a teraz wykiełkowało zasiane wcześniej judaszowe ziarno. Wzdrygnął się przedśmiertnie Adam Siedmioróg mistrz Nauk Tajemnych. Chciał coś powiedzieć nim wyzionął ducha, ale danym mu nie było. Puściła rozsnuta przez niego ochrona. Zła moc wykorzystała to natychmiast i, ledwo brwią poruszając, zmusiła kamień wielki do wzbicia się w powietrze i uderzenia kreślącego znak chłopaka. Pocisk trafił celu, ale stała się rzecz przedziwna. Młodzian uderzony upadł, ale podniósł się z powrotem na klęczki z rozbitą głową i wrócił do pracy. Wtenczas Olaf przyskoczył do zdrajcy i krzyknął „cóżeś ty uczynił!” Obdarzył go urokiem w odpowiedzi filozof fałszywy…! Ale nasz przywódca Olaf Wierzbowski był silny duchem i nie poddał się złemu. Nie widząc innego wyjścia, zastrzelił żądnego potęgi filozofa. Zaśmiał się zawistnie na ten widok demon okrutny. Widać w smak mu były mordu sceny. „Przyłącz się do mnie! I tak mnie nie pokonasz!” – zawołał do Olafa, myśląc, że z ostatnim ze śmiałków ma do czynienia. „Prędzej zginę!” – grał na zwłokę bohater, gdyż za bohaterów wszystkich w tej grupie bez wyjątku uważam! „Przyłączysz się do mnie za życia lub po śmierci!” – odparło monstrum ponadnaturalne, aż pobladł na te słowa jego rozmówca. I ból po ciele śmiertelnika rozlał się niewypowiedziany. Poddał go mękom okrutnym, które na szczęście długo nie trwały. Zorientował się bowiem demon, że znak go uwięzić mający, już prawie skończony. Porzucił tedy swą ofiarę i skoczył czym prędzej w tamtą stronę, ale niezłomny nasz przywódca schwycił go za kostkę… Ręka mu od tego sczerniała i wrzodami obrosła. Trzeba ją było później amputować, aby zło się nie przelało z zakażonej kończyny do reszty zacnego ciała. Ten wyczyn na jedną chwilę wstrzymał potwora. Przewrotna bywa sprawiedliwość i tak jak księdzu Zbigniewowi centymetrów aby zbrakło do przypalenia bestii świętym krucyfiksem, tak teraz jej zbrakło tyluż samo centymetrów do uniknięcia przeznaczenia. Spętał istotę ukończony symbol i odebrał jej większą część mocy, kładąc kres bezeceństwom wszelkim, w lesie miejsce mającym. Płomienie zgasły, obróciły się w proch bolce z ziemi wystające. Uspokoiło się wszystko w przeciągu pacierza. Bitwa dobiegła końca.

            Pyrrusowe to jednak było zwycięstwo, okupione krwią i śmiercią męczeńską ośmiu naszych braci i jednej siostry. Uczeń Ambrożego Siedmioroga skonał bowiem w chwilę po nakreśleniu symbolu. A Sprzysiężenie nigdy nie odzyskało i prawdopodobnie już nie odzyska swej dawnej siły po stracie tak wspaniałych mężów i niewiasty. Nieprzytomnego Olafa znalazł na skraju przeklętej części lasu Łowczy i przyniósł do naszej kryjówki. Żył nasz wspaniały przywódca jeszcze tydzień i jeden dzień, rażony okrutnym urokiem przez zdrajcę Grzegorza Brzozę – fałszywego filozofa i chciwego alchemika. Tuż przed śmiercią Olaf nakazał zbudować więzienie dla uśpionego demona, tak aby już nigdy nie mogła się wydostać i przebudzić plugawa i zła istota. Tak też uczyniliśmy, ale nie zrozumieliśmy wielu ze wskazówek majaczącego w gorączce bohatera i drżę na myśl o tym, że któregoś dnia zło znowu podniesie łeb i przełamie nasze ochronne bariery…

 

Rozdział 1.

 

            To był kiepski dzień. Jak wszystkie dni ostatnio. Totalna degrengolada. Nie miałem ani pracy, ani dziewczyny. Miałem za to jeszcze pieniądze. Nie pamiętam, co robiłem dokładnie, ale najprawdopodobniej psułem sobie oczy przed komputerem, grając w jakąś beznadziejną gierkę lub prowadząc jeszcze bardziej beznadziejne rozmowy na Facebooku. Po zdjęciach widziałem, że znowu moja była się doskonale bawi, a małolata, z którą chciałbym się umówić, nie ma czasu, bo organizuje kolejny spektakl amatorskiego teatru, do którego należy. Pewnie nie powinienem mówić na ten temat złego słowa – lepiej, że dzieciaki mają jakieś hobby, zamiast siedzieć na trzepaku i pluć słonecznikiem na chodnik. Bez sensu. A jednak czułem z tego powodu pewne rozgoryczenie. No cóż, życie pisarza bywa trudne. No ale nikt nie obiecywał, że będzie lekko. Pięćdziesiąt sprzedanych egzemplarzy napisanej przeze mnie powieści przez mojego wydawcę, dwadzieścia… nie, przepraszam, dziewiętnaście przeze mnie. Przez półtora roku. Nie, to nie był oszałamiający wynik. Ale, jak powiedziałem kiedyś innemu pisarzowi, ranga pisarza jest tym większa, im mniej sprzedanych egzemplarzy jego książki! Nie wolno się poddać Prozie Życia! (jak ja suki nienawidzę!) Po prostu nie wolno. Choć wszystko zdaje się iść nie tak, wszystkie znaki na niebie i ziemi zdają się mówić „jesteś beznadziejny!” – trzeba odpowiedzieć „Gówno prawda! Jestem zajebisty!” I tylko tak można siebie uratować. Uwierz mi – wiem, co mówię. TAKA JEST PRAWDA.

            Chyba ostatecznie odszedłem od komputera. Mieszkanie było puste, jak zwykle. Byłem tu tylko ja – jedyny pan na włościach. Bez służących i bez pana – jak ronin. Nie, żebym tego nie doceniał – miało to swoje zalety. Po prostu czasem… było tu tak przeraźliwie cicho…

            Położyłem się, rozmyślając, co dalej. I oczywiście nic nie przychodziło mi do głowy. Był to bowiem problem nierozwiązywalny. Tok moich myśli przerwał telefon. Nieznajomy numer. Odebrałem.

– Paweł… – usłyszałem. – Musisz mi pomóc…

– Kto mówi? – zadałem rzeczowe pytanie.

– Hałas – padła odpowiedź. – Tu Hałas. Jestem w Lubiatowie. Musisz mi pomóc. Tylko ty zrozumiesz… Odkryłem coś. Chyba…

– Cześć Michał! – odrzekłem z głupia frant, gdyż Hałas to było nazwisko mojego kuzyna. – O co chodzi?

– O to, żebyś tu przyjechał! – powiedział nieco gburowato krewniak. – Chyba wpadłem w poważne kłopoty… Znalazłem coś i…

– Do Lubiatowa?! – zirytowałem się lekko. – W środku zimy?

– Proszę cię! – zadźwięczała w telefonie błagalna nuta. – Nikt inny tego nie zrozumie… Ci ludzie… O Boże!

– Co… co się stało?

– O Boże, znaleźli mnie… – kuzyn przeszedł do szeptu. – Są tutaj… Paweł, co mam robić?

– Kto… – nagle kółka zębate mojego umysłu przeskoczyły i z ogarniętego zimowym letargiem bezrobotnego przeistoczyłem się w zimno kalkulującego wyjadacza, którym w głębi duszy przecież ciągle byłem. – Hałas, nie wiem, gdzie jesteś, ale spróbuj się schować.

– Dobrze…

– Teraz posłuchaj mnie bardzo uważnie – mówiłem opanowanym głosem, rozpakowując jednocześnie nowiutki dyktafon, który dostałem od mamy na Gwiazdkę. – Według wszelkiego prawdopodobieństwa za chwilę zostaniesz porwany.

– CO?!

– Uspokój się. Jeśli mam ci pomóc, musisz mi podać jak najwięcej szczegółów dotyczących porywaczy.

– Okej. Zgoda…

– Weź trzy głębokie oddechy. Gdzie…

– Są… są w pokoju! – szeptał rozdygotanym głosem Michał. – Widzę trzy pary butów. Ciężkie buty, jak do chodzenia po górach, czy coś.

– Spokojnie. Jutro będę w Lubiatowie. Wyciągnę cię Hałas. Tylko spokojnie. Teraz powiedz mi, gdzie dokładnie jesteś?

– Wywalają rzeczy z szafy… Przeszukują wszystko. Mówią coś… O Boże… widzieli, jak tu wchodziłem… Szukają mnie. Paweł, oni mnie szukają!

– Powiedz mi, gdzie jesteś? – powtórzyłem spokojnie, nadal szamocząc się z dyktafonem.

– Jestem u… – zamilkł, a ja przestraszyłem się nie na żarty.

Cisza trwała dobrą chwilę. W tle słychać było tylko dźwięki, jakie często dochodzą, kiedy zadzwoni do nas przypadkiem telefon z kieszeni lub z torebki. Odgłosy były jednak bardziej stłumione, jakby dochodzące z pewnej odległości.

– Hałas? – powtórzyłem cichutko, żeby mojego głosu nie usłyszał nikt niepowołany. – Hałas, jesteś tam?

Brak odpowiedzi. Opanowałem się siłą woli i włączyłem wreszcie dyktafon. Dyktafon nagrywał ciszę. Przynajmniej przez dobrą chwilę.

– Sorki Paweł – usłyszałem wreszcie. – Musiałem milczeć, bo stali tuż obok. Chyba sobie poszli. Chyba jestem na razie bezpieczny, ale i tak musisz tu przyjechać. Oni będą mnie szukać… O Boże!

Podskoczyłem jak ukłuty szpilką.

– Hałas, co się dzieje?!

W telefonie rozległ się krzyk, co zjeżyło mi włosy na głowie.

– Tatuaż! Ma tatuaż na szyi…

– Łap go!

– Schowaj broń, idioto! Potrzebujemy …wego!

– Aaaa!! Ty kanalio!

– Łysy! Ubrania jak u wędkarzy! – ryczał, ale był coraz słabiej słyszalny mój kuzyn. – Przyjedź! Proszę przyjedź! Podchody! Tak jak kiedyś! Pamiętasz? Zostawi…

Głos kuzyna urwał się nagle, a ja jeszcze dobrą chwilę nie mogłem oderwać telefonu od ucha. Połączenie nadal trwało. Zamrugałem oczami. Naraz coś podpowiedziało mi, że ktoś jest po drugiej stronie. Że ktoś nasłuchuje. Ale z pewnością nie był to Michał.

– Posłuchaj – postarałem się, aby pomimo szoku mój głos nie drżał i brzmiał beznamiętnie. – Nie wiem, kim jesteś i dlaczego go porwałeś. Jeśli zrobiłeś to dla pieniędzy, wiedz, że nie mam ich zbyt wiele, ale to co mam, to pewne niezwykłe umiejętności. Umiejętności, które pozwolą mi cię wytropić i zabić. Jeśli puścisz go teraz wolno, na tym się skończy. Nigdy więcej się nie zobaczymy, nigdy więcej się nie usłyszymy. Koniec historii. Jeśli jednak zdecydujesz się go uprowadzić lub co gorsza zabić, wtedy bądź pewien, że cię znajdę.

Tu wena mnie opuściła. Dyktafon nagrywał dalej. Usłyszałem cztery powolne wdechy i wydechy. Wreszcie odezwał się głos.

– Good luck!

Rozłączył się. Dopiero teraz poczułem, jak bardzo się zdenerwowałem. Ręce zaczęły mi się telepać jak oszalałe. Jeszcze przed chwilą klepałem jakieś smęty na komputerze, aby w moment później zostać wrzucony w wir jakiejś szaleńczej intrygi z moim kuzynem w roli głównej. Nie palę papierosów, ale gdybym miał wtedy jednego pod ręką, jak matkę kocham, zapaliłbym. Wyszedłbym na balkon i bym zapalił. Pociągnąłem za to porządnego łyka gazowanej taniej wody z Biedronki, gdyż tylko taką piłem dla oszczędności. A potem jeszcze jednego i jeszcze jednego. Następnie udałem się do toalety, bo z tego wszystkiego zachciało mi się lać. Nad muszlą klozetową wpadł mi do głowy pewien pomysł. To mógł być żart. Głupi żart. Michał Hałas mógłby być zdolny do takiej wolty. Mógłby chcieć mnie zrobić w konia. Przyjechałbym wtedy do Lubiatowa (w środku zimy), a tam już czekali by na mnie Hałas wraz ze swoimi funflami, z Łapą, na pewno z Titańcem, jeszcze z kimś. I wszyscy w śmiech. „Założyłem się z Hałasem, że nie przyjedziesz! Kurde fajans, przegrałem przez ciebie dwie dychy, ale wiesz co? To cena warta widoku miny, którą masz teraz!” Albo jeszcze lepiej – przyjeżdżam do Lubiatowa, a tam pusto. Ni żywej duszy. A Hałas siedzi sobie w ciepłej willi przed plazmą swojego ojca a mojego wujka i nawet już nie pamięta, że wczoraj po pijaku wyciął mi taki numer. Nie było to może bardzo prawdopodobne, ale nie na tyle nieprawdopodobne, żeby z miejsca taką ewentualność wykluczyć. No to czekała mnie do rozstrzygnięcia ciekawa zagwozdka.

            Umyłem i wytarłem ręce. Usiadłem na łóżku. Spojrzałem na laptopa, żeby zobaczyć która jest godzina – pamiętam jak dziś – 22:44, po czym po sekundzie przeskoczyło na 22:45.

Wziąłem do ręki dyktafon. Włączyłem przycisk „play”.

– Sorki Paweł. Musiałem milczeć, bo stali tuż obok. Chyba sobie poszli. Chyba jestem na razie bezpieczny, ale i tak musisz tu przyjechać. Oni będą mnie szukać… O Boże!

– Hałas, co się dzieje?! [mój własny głos]

[krzyk]

– Tatuaż! Ma tatuaż na szyi…

– Łap go! [obcy głos nr 1.]

– Schowaj broń, idioto! Potrzebujemy …wego! [obcy głos nr 2.]

– Aaaa!! Ty kanalio! [obcy głos nr 1. lub 3.]

– Łysy! Ubrania jak u wędkarzy! Przyjedź! Proszę przyjedź! Podchody! Tak jak kiedyś! Pamiętasz? Zostawi…

[kilkanaście sekund ciszy]

– Posłuchaj – [mój głos] – Nie wiem, kim jesteś i dlaczego go porwałeś. Jeśli zrobiłeś to dla pieniędzy, wiedz, że nie mam ich zbyt wiele, ale to co mam, to pewne niezwykłe umiejętności. Umiejętności, które pozwolą mi cię wytropić i zabić. Jeśli puścisz go teraz wolno, na tym się skończy. Nigdy więcej się nie zobaczymy, nigdy więcej się nie usłyszymy. Koniec historii. Jeśli jednak zdecydujesz się go uprowadzić lub co gorsza zabić, wtedy bądź pewien, że cię znajdę.

[cztery powolne wdechy i wydechy.]

– Good luck!

Piknięcie oznaczające koniec nagrania. Przewinąłem dwie sekundy w tył.

 

– Good luck!

 

Przewinąłem jeszcze raz.

 

– Good luck!

 

I jeszcze raz…

 

– Good luck!

 

– Good luck!

 

– Good luck!

 

– Good luck!

 

* * *

            Łowczy tropił bestię od ładnych dwudziestu dwóch lat. Był to czas wystarczający, aby to zajęcie stało się sensem jego życia. Czas wystarczający, aby to zajęcie stało się jego obsesją. Z początku ofiarą stwora padały tylko kury i indyki. Niepokojące było jednak to, że nie robił tego z głodu. Nie zabijałby wtedy tylu sztuk, ilu się tylko da i nie zostawiałby zwłok na postrach ich właścicielom. Potem przerzucił się na świnie, a jeszcze potem na krowy. Wreszcie, po wielu latach, przyszedł dzień, o którym Łowczy wiedział, że musi nadejść prędzej lub później – morderca skosztował ludzkiego mięsa. Zdarzyło się to dwa razy. Obie ofiary samotnie chodziły po lesie. Jedna była dzieckiem. Łowczy wiedział, że jego nemezis zasmakował w tym rarytasie i już nie przestanie. Bardzo prawdopodobne, że będzie się to zdarzało coraz częściej. Od lat prowadzili ze sobą grę, której stawką miało być życie jednego z nich. Trzy razy człowiek odkrył leże potwora, ale nigdy nie było tam samej bestii, ostrzeżonej jakimś piekielnym instynktem. Raz to potwór zaskoczył jego. Jedyny raz, kiedy spotkali się twarzą w twarz, a właściwie twarzą w pysk. Obaj przypłacili to blizną. On po pazurach, ono po bełcie z kuszy. Gdyby nie Drań – wierny pies Łowczego – spotkanie skończyłoby się z pewnością znacznie bardziej przykro. Rana potrafiła otwierać się, bądź gnić po dziś dzień, a zadana została z górą siedem lat temu. Na szczęście Łowczy wiedział, gdzie szukać odpowiednich ziół. Ale i potwór rażony bełtem, zaszył się gdzieś na dobrych sześć wiosen. Od półtorej roku Łowczy znów zaczął się natykać w lesie na świadectwa jego obecności.

            Minęli z Draniem właśnie ogromną starą bombę-niewypał, pamiątkę jeszcze z drugiej wojny światowej, kiedy pies zaskomlił i zjeżył się na całym grzebiecie. Łowczy już wiedział, że jest bliski odkrycia po raz czwarty leża bestii. Ignorując czworonoga, sprawdził naciąg swej własnoręcznie sporządzonej kuszy. Poprawił nóż i zasobnik na zapasowe bełty. Już miał zrobić krok  w przód, kiedy z tyłu dobiegły go hałasy. Było ich wiele i z pewnością nie były to odgłosy przyrody. W lesie pojawili się obcy. Całe mnóstwo obcych.

Jeśli Kara dla Dziedzica Cymbała Cię zaciekawiła, napisz do mnie, aby otrzymać całą powieść.

Duch Miasta
Opowiadania
Korpo Kombat!
Czerwone nogi - komiks
Gwiazda
Kopuła
Najemnicy cz. II
Najemnicy cz. I
Ty