Kontrola trakcji

Kurwa. Co jest nie tak? Siedzę teraz Big Band Club. Z moim niewydarzonym bezrobotnym kuzynkiem, co spieprzył wszystko, co tylko mógł w swoim życiu, z nawiedzoną ciotką fanką ezoteryki no i oczywiście z moją zajebistą, długonogą i perfekcyjną w każdym możliwym aspekcie dziewczyną – Kaśką. Teoretycznie lubię jazz. Od czasu do czasu. Piję piwo – teoretycznie jestem rozluźniony. Teoretycznie rozmawiamy, śmiejemy się, żartujemy. Taka „rodzinna” atmosferka. Teoretycznie muzyka mi się podoba. Teoretycznie. A praktycznie? Bawię się dobrze, czy kurwa nie? Nigdy nie czułem takiego rozdwojenia. Jak jakiś schizofrenik. Jakbym miał dwie głowy – jedna trajkocze bez przerwy jakieś kocopoły i się uśmiecha. Druga wścieka się i warczy: „z czego się tak, kurwa, cieszysz, żłobie?!” Co się tutaj dzieje? Czy jazz nie jest pozytywną muzyką Czarnych Ludzi niosącą ze sobą pozytywne emocje?

            A ciotka napierdala o tych swoich feng chujach przez telefon. Kurwa, serio?! Po to załatwiła nam stolik w pierwszym rzędzie, żeby nakurwiać przez telefon w trakcie koncertu?! Nie jestem artystą, ale na miejscu muzyków przerwałbym i wypierdolił ją na zbity pysk! Jak boga kocham! No tak – poza tym, to już od dawna nie wierzę w boga… Szach mat, ateiści! Sam nie zdobywam się na odwagę, żeby choć zwrócić jej, kurwa, kulturalnie uwagę. Chyba cały magazynek nabytej na szkoleniach asertywności wystrzelałem w samoobronie do klientów.

            Teoretycznie miałem wczoraj zajebisty seks. Praktycznie niby też… Trochę wypiliśmy, zapaliliśmy… Kumpel z roby załatwił bardzo rzetelny temat i wcale nie tak drogo – 35zł za grama. Okazja lepsza niż wyprzedaż w Media Markt… Albo u mnie w firmie. Dawno tak się nie wyluzowałem. Dawno nie poszło tak bezproblemowo. Pan Penis prężył się jak Popek w MMA. A Kacha jak mi zaczęła ciągnąć druta, tak się wczuła… Jakby wstąpił w nią jakiś demon.

            Kurde, nie. Dostałem wytrysku i w ogóle, wszystko teoretycznie ok. Do niczego nie można się przyjebać… A jednak to nie było to. Nie czułem tego. Chociaż po kilku tygodniach postu – ciężki okres w pracy – trysnąłem jak Etna na Pompeje…

            „No to podobało mi się, czy mi się nie podobało?” – przyłapuję się na myśli. Nic z tego nie czaję… „Zachowujesz się jak jakaś baba w ciąży” – ganię siebie. – „Tak, nie, tak, nie, tak, nie… Ogarnij się chłopie! O co ci, kurwa, chodzi?”

            Nie wiem… Patrzę na Kaśkę.

           

„Nie kocham tej kobiety. Kim ona w ogóle, kurwa, jest? Nie znam jej…”

 

            „Nie kocham tej kobiety.” Ta myśl razi mnie jak grom z jasnego nieba. Najdziwniejsze jest to, że nagle zdaję sobie sprawę, że nie kocham jej od bardzo dawna. Nie. Jest coś jeszcze bardziej dziwnego. Patrzę na profil jej pięknej twarzy. Na jej idealną… hmm… kibić – tak chyba to nazywali w tych pojebanych pozytywistycznych lekturach, czy tam romantycznych. Ciekawe, bo jakoś sobie nie przypominam, żebym którąkolwiek przeczytał… Piękne, sztucznie wydłużone rzęsy. Prosty nos jak u modelki. Nie tylko nos zresztą. Świecące błyszczykiem usta, które wczoraj… Kaśka. Dziewczyna nadal mnie kręci. I to jest dla mnie najbardziej niezrozumiałe. Wiem, że rozstanie będzie trudne. Tak trudne, że już teraz oszacowuję, że mnie na nie nie stać. Miałbym nagle zrezygnować ze wszystkich wzwodów i wytrysków, muskania jedwabistej zadbanej skóry, strzałów na to smukłe długie ciało. Co, może jeszcze miałbym wrócić do trzepania przy pornolach? Albo do poszukiwań perły w oceanie histeryczek i idiotek? Robienia z siebie durnia, udając, że niby nie podrywam takiej jednej z drugą pindy, zapraszając je na kawę? Że to tylko takie niewinne przyjacielskie pogaduchy? O nie, nigdy, kurwa, w życiu! Telepie mnie ze złości na samą myśl! Teatrzyku to ja mam wystarczająco dużo w pracy.

            A jednak jej nie kocham. Czyli seks to nie wszystko… Kurwa, kto by pomyślał!

            Ja myślę. Teraz.

            Przepraszam całe towarzystwo – moją rodzinkę i teoretycznie najbliższą mi osobę, znaczy się panią Katarzynę – i wychodzę do toalety. A potem na papierosa. A potem kończą mi się preteksty. Nie chcę wracać do stolika. W obcym mieście nie mogę nawet ściemnić, że spotkałem przed klubem znajomego…

            Ostatecznie, wracam. Jutro mieliśmy jechać dalej do Wrocławia, odwiedzić moich dziadków, ale ja myślę już tylko o tym, żeby spierdalać do domu. Mam tego dosyć. Autentycznie.    Prawdziwy facet nie musi długo się zastanawiać. Decyzja jest już podjęta. Tu naprawdę nie ma o czym dyskutować, więc kiedy wreszcie wychodzimy z tego zasranego klubu i kuzynostwo… Przepraszam, ciotostwo – zdecydowanie lepsze określenie – idzie nieco przodem, zostawiając mi i pięknej pani Katarzynie trochę „intymności”, zagajam dyskretnie:

– Kochanie – „kochanie” przedrzeźniam ironicznie samego siebie w głowie – chyba źle się czuję, wróćmy jutro do domu, co?

– Przecież mieliśmy jechać do Wrocławia! – Syczy, ja pierdolę, ile agresji… – Wiesz, ile się nagimnastykowałam, żeby spasować urlop z twoim?! Żeby odwiedzić TWOJĄ rodzinę!

            Tylko kobiety umieją szeptać i wrzeszczeć jednocześnie… Głowa mnie boli od tego jej szeptu.

– Przecież tłumaczę ci, że źle się czuję. – Chciałem, żeby to zabrzmiało pojednawczo, ale sam słyszę, że mi, kurwa, trochę nie wyszło.

– Co ty znowu od… – lol, na sto procent zająknęła się w tym miejscu – …stawiasz! Dwa miesiące planowania, żeby oblecieć TWOJĄ rodzinę!

            „A jak siedzimy u twoich starych i sam się gubię, czy bardziej z kimś rozmawiam, czy bardziej oglądam Ukrytą prawdę to jest wszystko w porządku, bo „TWOJA” rodzinka jest na miejscu i nie trzeba planować wolnego.”

– „Kochanie”… – cudzysłów sam wskakuje mi do wypowiedzi, jest wyraźnie słyszalny, jakaś rzeźnia!

            Widzę jak Kacha zwija się ze złości, ale przecież nie wydrze mordy przy „MOJEJ” ciotce i „MOIM”  kuzynie-nierobie. Jeszcze wyjdzie, że to Kaśka ześwirowała a nie ja… No proszę, jednak rodzina się na coś przydaje!

            I wiesz co? Rano wsiadamy do mojej Imprezki… W nagłym olśnieniu uświadamiam sobie, że darzę ten samochód większym uczuciem, niż kobietę zajmującą niepotrzebnie miejsce pasażera. Ja bez słowa wrzucam kierunkowskaz i zamiast na Wrocław, kieruję się do Gorzowa. Wielkopolskiego, zresztą – będąc precyzyjnym.

            Najzabawniejsze, że laska nie orientuje się od razu – zajęta wystukiwaniem czegoś na swoim smartfonie. Uwierz, wiele kosztowało mnie, kurwa, żeby nie zaśmiać się na głos.

            Dopiero przy Świebodzinie dociera do niej, że została postawiona przed faktem, kurwa, dokonanym. Trudno się nie zorientować, widząc wyjebaną w pizdu statuę Jezusa Chrystusa. Witamy w Rio de Świebodzinejro, maleńka!

Jeśli zaciekawiło Cię to opowiadanie i chcesz poznać ciąg dalszy – napisz do mnie.

Duch Miasta
Opowiadania
Korpo Kombat!
Czerwone nogi - komiks
Gwiazda
Kopuła
Najemnicy cz. II
Najemnicy cz. I
Ty