Odszczekasz to psie!

– Jest nas dwóch! A ich dwunastu!

– Tak, ale my to najemniki a oni to suki!

– Przekonałeś mnie. Chodźmy…

 

* * *   

 

            Zygzak błyskawicy rozdarł nocne niebo, rozświetlając pobocze zapomnianego górskiego traktu. Deszcz walił jak opętany. Po dobrej chwili rozległ się potężny grzmot. Pod nielicznymi drzewami, w beznadziejnej próbie schronienia się przed walącą z nieba wodą, kuliło się kilkanaście postaci. Dwie z nich – rośli topornicy w ciężkich acz niekompletnych pancerzach i hełmach z kolcami – wstały na widok trzęsących się niemiłosierniernie zarośli. Ktoś przedzierał się w stronę traktu.

 

            Błysk.

 

            Z krzaków wytoczył się i wypadł na drogę muskularny osobnik. Dziwne, że pomimo strug deszczu odziany był jedynie w skórzane spodnie. Podparł się o swój dwuręczny topór i podniósł powoli. Nic sobie nie robił z szalejącej wokoło nawałnicy. Pancerni ryszyli w jego stronę, podczas gdy ich towarzysze zostali pod drzewami.

 

            Grzmot.

 

– Chyba za daleko zaszedłeś, przybłędo! To tereny pana naszego, Kondobara! – zakpił jeden z ciężkozbrojnych.

– Odszczekasz to psie! – ryknął Dhoon i, nie czekając, okręcił się wokół własnej osi.

Ostrze topora poszybowało na spotkanie ze zbliżającym się nieprzyjacielem. Gładko przecięło szyję. Zdekapitowany tors zwalił się na drogę. Krew obryzgała oręż i zbroję drugiego wojownika. Pomimo hełmu dało się zauważyć, jak jego oczy rozszerzają się w przerażeniu. Cofnął się, lecz topór zatoczył krąg i spadł z impetem. Przebił stalową osłonę i wbił się głęboko w czerep. Deszcz szybko rozrzedzał wypływającą z ran trupów posokę. Pozostali członkowie bandy wpadli w panikę. Ktoś zaczął uciekać. Inny w pośpiechu usiłował nałożyć strzałę na cięciwę łuku. Rozległy się chaotyczne krzyki.

– Kurwa mać!

– To on!

– Brać go!

Vrarańczyk nie tracił czasu – zaszarżował. Grupa rozproszyła się na boki. Kolejny drab odrzucił oręż i zrejterował. Następny spróbował okrążyć wielkoluda i zajść go od tyłu. Łucznik schował się za drzewem i wymierzył, czekając na dogodną okazję do strzału. Jeszcze jeden zbrojny zaatakował buzdyganem. Reszta stała sparaliżowana strachem. Zamach topora i śmiałek z buzdyganem legł z rozrąbaną czaszką. Widząc śmierć trzeciego już towarzysza, strzelec czym prędzej zwolnił cięciwę.

 

            Błysk.

 

            Grot ugodził żołnierza, który jako drugi ruszył na Dhoona i nieświadomie wszedł w linię strzału. Barbarzyńca dobił go bezlitośnie. Ten, który chciał zajść topornika od tyłu, sam dał się podejść. Jova ugodził burdno i haniebnie – w plecy – a potem jeszcze przekręcił ostrze sztyletu.

 

            Grzmot.

 

            To przesądziło. Ci, którzy jeszcze myśleli o walce, przestali. Rzucili się do panicznego biegu – każdy w innym kierunku. Dhoon wybrał jednego, który biegł wolniej niż inni i ruszył za nim.

 

            Błysk.

 

            Zwierzęco przerażony Oglut obejrzał się przez ramię. „Dlaczego, kurwa, pobiegł akurat za mną?!” – w głowie uciekającego kołotała się tylko ta jedna myśl. Błoto i tusza bandyty utrudniały ucieczkę. Vrarańczyk miał dłuższe nogi i mimo że się nie spieszył, był coraz bliżej.

 

            Grzmot.

 

            Oglut potknął się i upadł. W ostatniej chwili podparł się rękami. Wstał, ale stracił cenną chwilę. Nie przebiegł zbyt daleko, ale naraz stwierdził, że brakuje mu oddechu. Serce waliło mu jak opętane. Jeszcze nigdy tak się nie bał. Rozejrzał się za kompanami. Może gdyby dogonił któregoś, ten rzeźnik Dhoon ruszyłby za kim innym, a nie za Oglutem… Ale wokół nie było już żadnego z towarzyszy. „Przeklęty Grinar!” – pomyślał w duchu bandyta. – „Taki wielki zabijaka, a spierdala jak inni! Chuj ci w dupę i piach, ty jednooki sukrwysynie!”

            Oddech skracał się coraz bardziej. Mięśnie protestowały, emanując tępym bólem. Nogi plątały się i potykały o kamienie i wystajace korzenie. A pieprzony wielkolud sunął wciąż jednostajnym tempem niczym w koszmarze. Uciekinier rzucił na prawo i lewo rozpaczliwym spojrzeniem. Znikąd ratunku. Zaczął wrzeszczeć ze strachu. Dobył sztyletu zza paska, ale poślikzgnął się i ostrze upadło mu w błoto. Przerywany łapaniem powietrza wrzask, przeszedł w chrapliwy kwik. Wreszcie mocne uderzenie trzonkiem w plecy sprawiło, że Oglut upadł z głośnym plaśnięciem. Dhoon z pogardą kopnięciem zmusił nieszczęśnika do obrotu na plecy.

 

            Błysk.

 

            Piorun oświetlił umazaną błotem przerażoną tłustą twarz o małych rozlatanych oczach. Oświetlił też potężną sylwetkę z uniesionym złowieszczo zakrwawionym toporem. „Zaraz umrę… zaraz, kurwa, umrę…” Wzrok bandyty skoncentrował się na wiszącym nieruchomo ostrzu. Czas zwolnił.

 

            Grzmot.

 

– Dhoon! – dało się słyszeć, kiedy huk pioruna przebrzmiał. – Dhoon! Nie zabijaj go!

Jova mozolnie pokonywał dystans dzielący go od przyjaciela i powalonego Ogluta.

– Wiem, czarnoksiężnik! – zawołany wyszczerzył się w uśmiechu. – Widzi, mówiłem ci! Pobiliśmy ich dwunastu! Kilku uciekło, psubraty!

– Tak, mówiłeś – Jova dotarł wreszcie na miejsce i stanął obok kamrata.

– Jak powiesz, gdzie pies-czarnoksiężnik ma kryjówkę, zginiesz śmiercią mężczyzny! – zwrócił się do pochwyconego Vrarańczyk.

– Nie, Dhoon – Jova pokręcił głową. – Jak powie, puścimy go wolno.

Wielkolud skrzywił się i spojrzał pytająco na Jovę.

– Zrób to dla mnie, Dhoon. Mój czas się kończy. Nie chcę zabierać nikogo ze sobą. Poza tym pewien Morotańczyk powiedział mi kiedyś, że to nieładnie zabijać jeńców.

 

            Błysk.

 

* * *

 

            Kamienna pustynia była jałowa i cicha. Nie uświadczyli w tym miekscu żadnych zwierząt. Nie było też roślin. Wędrowali drugi dzień.

– Ten pies nas okłamał! – wysyczał wściekły Dhoon. – Żałuję, żeśmy go puścili!

– Ten pies był tak przerażony, że jestem pewien, iż powiedział prawdę – odrzekł Jova.

– Tak? To czemu nie ma wieży? Pies powiedział, że drugiego dnia po niedługim marszu ujrzymy wieżę!

– Powiedział też, że ujrzymy ją tylko, jeśli Kondobar będzie chciał, żebyśmy ją ujrzeli. Może nie chce?

Na to Vrarańczyk nie znalazł odpowiedzi. Byli w pułapce. Na własne życzenie – zabrali za mało wody pitnej, która wyczerpała się dzisiaj rano. Pozostawało iść dalej na przód w nadziei, że zdobędą zapasy na nieprzyjacielu. Ten według słów Ogluta miał chować się w gigantycznej wieży. A po tej na horyzoncie nie było ani śladu. Jovę ogarnęło zwątpienie.

„A co jeśli nie ma żadnej wieży? A co jeśli nie ma żadnej Żywej Krwi? Jesteś martwy, Jova. Jesteś trupem. Tak naprawdę umarłeś tam, w Navarro… Gówno prawda!”

 

Wspomnienie różowego obłoczka i szpetów sączących zwątpienie, zwątpienie, któremu o mały włos się poddał, sprawiły, że wezbrała w nim wściekłość.

Jeśli ciekawią Cię dalsze losy Jovy i Dhoona – napisz do mnie a wyślę Ci całe opowiadanie.

Duch Miasta
Opowiadania
Korpo Kombat!
Czerwone nogi - komiks
Gwiazda
Kopuła
Najemnicy cz. II
Najemnicy cz. I
Ty